Sąd Boży na straganie

Musiałem ostatnio przejść na wskroś nasze miasto na piechotę, bo zostawiłem samochód w warsztacie – a jedyny wolny warsztat tak “na zaraz” był dość daleko. Ogólnie dobrze, bo wiadomo, sport to zdrowie, nawet tak mizerny jak spacerowanie.

Idąc więc przez miasto, mijałem pewien ryneczek, gdzie był dość duży ruch: samochody szukające bezskutecznie parkingu i przechodnie lawirujący między nimi, niewątpliwie irytując tym samym kierowców. Ktoś coś krzyczy, ktoś macha, ktoś pakuje torby. Rozglądnąłem się, zrobiłem pauzę na słuchawkach i zrozumiałem, że przechodzę przez bazar. Bo chyba tak się to nazywa? Wiadomo, stragany, sklejkowe stoły ze wszystkim, bezpośredni kontakt ze sprzedawcą, okazjonalne targowanie się o cenę i tak dalej. Tutaj sprzedają dresy, obok jakieś metalowe kołowrotki do wędki na ryby, dalej słoiki z musztardą, a obok znowu apaszki i kapelusze. Chaos, coś pięknego. Odmiana po bezemocjonalnych i bezpłciowych marketach, gdzie kasuje się sobie produkty, przykłada kartę i wychodzi.

W gruncie rzeczy niczego nie chciałem kupić, bo niczego nie potrzebowałem ale w trakcie stwierdziłem, że jednak kapelusz na to nieznośne wakacyjne słońce mi się przyda. Wyszedłem więc z takim oliwkowym, oklapłym kapeluszem, który kojarzy mi się nieodparcie z wyjazdami w plener lub na ryby (i kij z tym, że po dwóch dniach już go nie miałem, bo oddałem jednej zmokniętej osobie). Myślałem, że moja przygoda z bazarem się skończyła ale dzisiaj wróciła do mnie, gdy słuchałem podczas Mszy drugiego czytania.

Wszyscy bowiem musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy otrzymał zapłatę za uczynki dokonane w ciele, złe lub dobre.

2 Kor 5, 10

Nie wiem czemu ale gdy to usłyszałem, przypomniał mi się stragan. Wyobraziłem sobie, jak to po zakończeniu ziemskiego etapu życia będę się przechadzać z Chrystusem-Logosem, najwyższą mądrością, po bazarze, gdzie na stołach wyłożone będą moje historie. Ładne, brzydkie, kolorowe i szare. Upchane w pudełka z ogólnym napisem albo wyeksponowane pojedynczo na wieszaku. On będzie pokazywał palcem i komentował: “To naprawdę ładne, fajnie wyszło”, “Tutaj dałeś się naciągnąć”, “To bezużyteczne, chociaż ładnie się błyszczy”, “Tego tutaj nie powinno być, dałeś ciała” i tak dalej. O tak, wierzę, że sąd Boży będzie o wiele ciekawszy niż tylko suche Mane-tekel-fares.

Podobno dzieci 3-4 letnie dzieci bardzo łatwo uzależniają się od bajek na tablecie z powodu jaskrawej kolorystyki. Ich mózgi atakowane tak mocnymi barwami wydzielają hormony, które u dorosłych pojawiają się przy zażywaniu heroiny. Potem rodzice się dziwią, że “młodzi tylko z tym tabletem siedzą”… Na straganach i sklepikach jest podobnie: atakują nas kolory, ruchy, kształty. Dajemy się im naciągnąć, uwieść obietnicy (dosyć prostackiej, trzeba przyznać), że coś kolorowego wniesie nam radość do życia. Zresztą, czasem obietnica się spełnia, sądząc po radości dzieciaków uradowanych małymi niebieskimi, różowymi czy żółtymi zabawkami.

Jako dorośli nie jesteśmy lepsi, też się tak uwodzimy. Słuchałem ostatnio wyznania jednej osoby dotyczącej życia prywatnego. Małżeństwo, zdrada, kłótnie, płacz, takie tam. Jak na dłoni, mogłem zauważyć pogoń tej osoby za szczęściem. Nie ma w tym przecież nic złego. Typowy schemat grzechu: obietnica szybkiej korzyści obciążona poważnymi, a późniejszymi kosztami. Głupie wybory. Sprzedawca kolorów oszukał twoje serce. Smutno mi było za tę osobę, tak sobie napsuła życie. Będzie miała co oglądać z Chrystuem na straganie swojej osobistej historii.

Odilon Redon – Sacred Heart

Na jednym z moich obrazków prymicyjnych (miałem chyba 3 wersje) umieściłem obraz Sacred Heart Odilona Redona z 1910. Mnie on urzekł od razu, chociaż dostałem burę za taki wybór – twórca nie jest przykładem dobrego katolika. Tutaj jednak nawet kolory przemawiają “za”, walka czerni z barwami i samo serce jako wypływ światła (Serce Jezusa źródło życia i świętości)… Bardzo dużo emocji tu jest przekazanych, choć niektórzy widzą bohomaz. No coż, na bazarze też niektórzy zobaczą tylko pozbawione markowej metki produkty i denerwujące dyskutowanie ludzi na temat świeżości warzyw. Ja jednak tym razem widziałem kolory. To od strony malarskiej.

A od strony muzycznej? Podobną, rozedrganą i szczerą emocjonalność wyczuwam w płycie Abandoned zespołu Defeater. Muzycznie można by to nazwać darciem ryja, jasne. No i jest w sumie darcie ryja. Ale nie bezcelowe, o nie. Czortowsko głębokie, koncept album o żołnierzu, który po wojnie zostaje księdzem, choć nie ma wiary. Potem przechodzi przez różne mroczne doliny (teledysk do Divination ładnie to pokazuje) ale ostatecznie godzi się z Bogiem choć trochę. Mocne, od pierwszego utworu, gdzie wokalista na zmianę krzyczy “Forgive me my father” oraz “Unanswered, abandoned”. Znam tę płytę od 2016, kiedy wyszła. Paradoksalnie, pomogła mi w przygotowaniach do złożenia ślubów wieczystych. Kolory nie zawsze są jaskrawie piękne ale są prawdziwe.

Pożegnania

Uwaga, uwaga – dzisiaj będzie czysto osobisty bełkot, sam egoistycznie o sobie. Potrzebuję tego dla uwolnienia pary, a pomoże też wrócić do pisania. Mądrych myśli o życiu nie przewiduję dzisiaj.

Z dnia na dzień wciąż ciężko mi się pozbierać po kolejnych dniach. Czerwiec okazał się (i taki zresztą był plan) dość obfity w wydarzenia i plany. A ja, z moją strasznie leniwą naturą, odbijam się później od tych wydarzeń i planów, idąc do następnych. Ostatecznie cenę płaci za to najbardziej moje mieszkanko – burdel rośnie z dnia na dzień aż miło. Mówię sobie, że to posprzątam, tamtego sprzątać nie warto, a tamto właściwie już trzeba pakować, więc jaki sens układać. Tak ogólnie, to pakuję się.

Jest to też czas pożegnań. Takich bardziej spontanicznych i takich bardziej zaplanowanych lub wręcz oficjalnych. Sam nie wiem jak się czuje z pożegnaniami. Trochę jak z siedzeniem w oddalającym się autobusie, gdy ktoś macha do mnie: macham też i jest smutno, że się rozstajemy ale czuję w tym samym momencie wzrastającą ciekawość pod tytułem “co dalej”. Może mam w sobie coś z hobbita, dla którego najniebezpieczniejszą rzeczą jest postawić stopę za próg domu – bo nie wiadomo, dokąd droga zaprowadzi ani kiedy się skończy.

Myślę sobie też, że zawsze patrzyłem (wciąż patrzę) na życie jak na przygodę i opowieść. Nie zawsze przewidywalna i łatwa – ale ciekawa. Może dzięki temu jest mi jakoś łatwiej decydować się na pewne rzeczy. Oto na przykład wczoraj zaskoczyła mnie własna mama (cześć mamo, jeśli czytasz), mówiąc że moje kolejne życiowe decyzje były ryzykowne; że to nic nowego. Podała jakieś konkretne przykłady ale ciężko mi było się z nią zgodzić, bo nie widziałem w tych przykładach niczego niezwykłego. Jestem jednym z nudniejszych ludzi, jakich znam. Niemniej, może też nie patrzę obiektywnie.

Wiem jednak tyle, że zdarza mi się – i cieszy mnie to! – przyjmować kolejne pojawiające się zadania/przeszkody/wymagania/zakręty jako wyzwania. Coś ciekawego, co warto sprawdzić. Z tyłu głowy też kołacze się głupkowate uzasadnienie: “bo tak właściwie, to czemu nie?”. Sam się sobie dziwię, bo kiedyś tak nie miałem… I nie wiem, czy to może wynikać z wiary, że niby ufam Bogu i dlatego pojawia się jakaś taka beztroska. Czy może bardziej typowy nierozsądek, że nie myślę długofalowo. A może to i to, i jeszcze coś trzeciego…

Pożegnań z ludźmi to opisywać nie będę, bo aż takiego ekshibicjonizmu nie uznaję. A z rzeczami? Pożegnałem się na ten przykład z malowaniem figurek. Myślałem, że będzie długie i satysfakcjonujące hobby ale jednak nie wyobrażam sobie transportowania całego tego bajzlu. Z lekkim bólem serca dałem więc ogłoszenie o sprzedaży Cthulhu Death May Die, czyli zarąbistej figurkowej gry planszowej, którą miałem malować cały sierpień po nocach. I poszło. A w prezencie człowiek dostał moje farbki, lakiery, podkładki i inne osprzęty. W sumie palenie mostów szło mi zawsze dobrze. Kiedy jako dziecko/nastolatek pisałem wiersze i miałem ich już ze dwa czy trzy zeszyty, pewnego dnia pożegnałem się z nimi i spaliłem w kominku, zamykając ten rozdział. Od wtedy moje pisanie się drastycznie zmieniło i ja też trochę ewoluowałem. Jak pokemon. Tak więc kilka zdjęć pożegnalnych moich malutkich tworów. Ewoluujemy dalej.

Dalmatyńczyki na prymicjach

Dzisiejsze kolejne fantastyczne skojarzenia sponsorowane są przez bogatą rzeczywistość ostatnich dni.

Czasem miewam silne doświadczenie humoru Pana Boga. Mam na myśli nie to, że spotyka mnie coś bardzo złego i zostaje tylko się śmiać. Raczej takie momenty, że różne rzeczy składają się tak jeden po drugim, że naprawdę, najrozsądniejszym zachowaniem, jest spojrzeć w niebo i mrugnąć, myśląc do Pana “jeden-zero, masz mnie”.

Parę dni temu zaproponowałem młodzieżówce, że z racji prawie-dnia-dziecka pojedziemy do kina. Oczywiście, zawsze chętni (szczególnie, kiedy dzielimy się kosztami i kończy się jedzeniem), więc jedziemy. No i byśmy pojechali, gdyby nie to, że ledwo ruszyliśmy spod chaty, a tu słychać jakieś dziwne dźwięki. Patrzę na zegarek, 30 minut do filmu (a do kina akurat 25 minut drogi). Przy pierwszej okazji zatrzymanie. Przebita opona. Wracamy do domu, dzwonię do szefa poprosić o jego samochód, przesiadka, ruszamy. 16 minut do filmu, wciąż 25 minut drogi. Ale są przecież zwiastuny, nie ma co się spieszyć. Całą drogę spędziłem myśląc o tym, że na drugi dzień zaraz po śniadaniu mam dłuższy wyjazd. Samochodem, który właśnie stoi bez powietrza – a ja jadę do kina na bajkę zamiast to naprawić.

Padło na film Cruella, bo nic lepszego nie było, a to tak w ramach bajki. Nie będę recenzował: film jak film. Dość ładny wizualnie, dość ciekawy (bo nigdy nie oglądałem 101 Dalmatyńczyków), czasem dość przewidywalny i niestety, nie pozbawiony ideologizowania. Nie był to film, w mojej ocenie, szkodliwy, a przy odrobinie dobrej woli, można tam było znaleźć i mądrości życiowe. I ta mądrość mi się rzuciła w oczy, gdy główna postać prowadzi monolog do swojej zmarłej matki i padają tam słowa:

Love me into shape, I suppose, was the plan.

Love me into shape. Przemienić miłością. Sprawić, by ktoś się zmienił, używając miłości. Traktować kogoś nie jako tego, kim jest, tylko jako tego kim może być (Viktor Frankl pisał, że krzywdzimy człowieka, traktując go jako zaledwie to, czym jest teraz; trzeba traktować go jako to, na co ma potencjał). Bardzo ładne zdanie.

Oczywiście sama Cruella zaraz stwierdza, że nic z tej miłości nie wyszło, bo kochająca matka zmarła, a ona została i jest jaka jest, czyli wredna i szalona (tak, to kolejny film gloryfikujący postać villaina-szaleńcy/geniusza). No a mi się skojarzyło. Z czym? A z czym mogło mi się skojarzyć? Oczywiście, że z historią zbawienia i Bogiem, który jak ta matka, próbuje nadać człowiekowi kształt, kochając go. Love me into shape.

Na tym jednak nie koniec poczucia humoru. Po powrocie do domu wymiana koła na zapasowe, +20 minut. W bagażniku brak klucza do kół, trzeba szukać, +6 minut. Szukanie wulkanizacji działającej w piątek po 20-tej, +3 minuty. Przejazd, szukanie właściwego adresu, +7 minut. Czekanie na swoją kolej w warsztacie i potem na zrobienie koła, +95 minut. Ulga ze sprawnego samochodu: bezcenna.

Kolejny dzień. Wsiadam z rana w samochód ze świeżo zaklejonym kołem i jadę. Jestem tuż za miastem, zachowuję wszelkie zasady, o których pamiętam. Jadę za arcypowolnym samochodzikiem, którego zgarbiony kierowca trzyma cały ogonek w napięciu swoimi ruchami. W końcu decyduję się go wyprzedzić. Przydatny trick: po wyprzedzaniu, warto skończyć przyspieszanie. Ja nie skończyłem. Po chwili usłyszałem za sobą syreny i cyk, mandacik na dobry początek dnia. Panowie byli mili i docenili fakt, że to mój pierwszy mandat od kiedy zdobyłem prawo jazdy. Nie pierwsza głupota ale mandat, owszem. Na odchodne jeden z nich rzucił: “No, to teraz otwarła się dla pana puszka Pandory”. Pomachaliśmy sobie jak koledzy wychodzący z baru. Dalsza droga odbyła się już bez atrakcji, choć nie bez lęku.

John W. Waterhouse, Psyche otwiera złote pudełko

Dotarłem na prymicje przyjaciela i było ładnie, pobożnie, ludowo i w ogóle. To tak jak z filmem: nie będę recenzować, dobrze było. Tylko ciągle w trakcie tej Mszy prymicyjnej (wstyd się przyznać) i podczas poźniejszego obiadu czy tak zwanej zabawy, wracała mi do głowy ta puszka Pandory. Stary, ty też ją właśnie otworzyłeś, przez te święcenia, prymicje i to wszystko. Otworzyłeś puszkę humoru Pana Boga. Teraz jego miłość i jego humor będą ci nadawać kształt.

My albo oni

Miałem ostatnio przyjemność (przy czym słowo “przyjemność” jest tutaj dość szczodrze użyte) słuchać przez cały dzień przemyśleń pewnej grupy ludzi. Wierzącej, głęboko wierzącej grupy, co do tego nie mam wątpliwości. Ciężko polemizować z osobistymi przeżyciami, a nawet się nie powinno i nie da.

Ta grupa twierdziła jednak uparcie i na różny sposób, że żyjemy w czasach ostatecznych (zastanawiałem się w międzyczasie, czy w takim razie można powiedzieć, że mamy przyjemność/honor żyć w czasach ostatecznych…). No i jakie są znaki tych czasów ostatecznych, które rzekomo mamy? Ano, odejście od wiary, brak poszanowania dla autorytetów, skandale w Kościele, brak ludzi na Mszy Świętej. Aż mi się przypomniało…

Nasza młodzież ma dziś silne pragnienie luksusu, ma złe maniery, pogardza władzą i autorytetem, brak jej poszanowania dla starszych. Wolą zajmować się bzdurami zamiast nauki. Młodzież nie wstaje z szacunkiem gdy starszy wchodzi do pokoju. Sprzeciwiają się rodzicom i zabierają głos w towarzystwie starszych. Tyranizują swoich nauczycieli.

Prawda, że pasuje? No, to te słowa przypisuje się Sokratesowi, ponad 400 lat przed Chrystusem. Czyli od wtedy w sumie bez zmian. Ale z powrotem do mojej grupy.

Wciąż więc powracał wątek upadającej wiary i przewidywanego, a rychłego końca świata. Ciężko się nie zgodzić z samymi obserwacjami – faktycznie, w porównaniu z chwalebnym “kiedyś” mamy rzekomo gorsze “teraz” (patrz poprzednie posty). Co to jednak zmienia, skoro żyjemy w “teraz”, a nie w “kiedyś”? Czy celem powinno być przekształcenie “teraz” w “kiedyś”, by było jak najpodobniejsze (“aby było tak, jak było”)? Czy celem nie jest aby zrobienie prawdziwego “teraz” godnego swoich czasów? I zaznaczę: tak, zgadzam się, to “robienie godnego teraz” też idzie źle. Ale jednak, założenie jest inne.

To jest ten koniec świata czy nie ma? Powinien już być? Powinniśmy go chcieć? Bo przecież “o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec” (Mk 13, 32). Dla mnie to oznacza, że jeśli ktoś mówi, że to JUŻ, to się myli. A skoro NIKT nie wie, tylko Ojciec, to znaczy NIKT; a to znaczy także, że i wszelkie intuicje, przewidywania, objawienia czy wizje nie są zbyt dobrą wskazówką.

Zauważyłem też, że to głoszenie nagłości końca (“już jest!”) służy mobilizacji, zmuszeniu do określenia się, zajęcia pozycji. No i mam tu pewien problem, bo bardzo łatwo pojawia się zaraz idea “MY VS ONI”. Nam się udało, i jeszcze niektórym się uda (zbawić, zachować wiarę, możemy to nazwać dowolnie) ale ogólnie inni mają/macie przerąbane. A zawsze kiedy ktoś próbuje zrobić “MY VS ONI”, to trochę mnie to oburza. Wierzę szczerze, że dla prawdziwie Bożego człowieka musi być tylko MY. To tak jak z tymi kręgami Kościoła wg. Soboru Watykańskiego II: najszerszy krąg to ci, co nigdy nie słyszeli i nie chcieli ale też są w Kościele. Nawet kiedy “MY” to ja + ktoś kogo nie lubię i nie mogę przyjąć.

Z drugiej strony, jest ryzyko, że po prostu nie chcę dać się zmobilizować. Łatwo jest okopać się z jednej strony, gdy ma się pewność racji popartej autorytetem wiary. Ale niestety, łatwo też trwać w niepewności, broniąc się przed zajęciem pozycji – bo tak bezpieczniej. Każdy musi chyba zdecydować wewnątrz swego sumienia. Bo mimo wszystko, jest też przecież powiedziane “obyś był zimny albo gorący” (Ap 3, 15). Kimś w tym życiu trzeba ostatecznie być. Jeśli nie będzie się gorącym, będzie się zimnym, lub – nie daj Boże – letnim, podlegającym wyrzyganiu.

Ostatecznie dochodzę do wniosku, że najbardziej poprawne wyjście, to być jasno określoną osobą ale nie robić sobie w głowie żadnego “versus”. To chyba głosi Kościół w swoim sławetnym “nie dla grzechu, tak dla grzesznika”. Ja przynajmniej to tak rozumiem: wiem kim ja jestem, widzę twoje czyny i tego nie akceptuję – wciąż jednak jesteś moim bratem/siostrą i nie możesz przestać być.

Nie, nie uważam, że to koniec świata. Uważam wiele różnych dziwnych rzeczy ale akurat nie to. Uważam, że to bardzo ciekawy i bolesny moment świata. Ale, bo to mało takich ciekawych i bolesnych momentów było? Co nie zmienia faktu, że nieraz czuję się zupełnie jak w tej piosence Judas Priest, którą kiedyś bardzo lubiłem. Taki… pomiędzy.

Od zera do bohatera

Mam taki irytujący nawyk, że jeśli ktoś z moich podopiecznych bierzmowanych “nawali” (w sensie: opuści ileś tam obowiązkowych spotkań bez wcześniejszej informacji czy zwolnienia się), proponuję mu poprawę tego stanu poprzez podobną ilość spotkań face to face. Jeżeli taki bierzmowany ma chęć kontynuować przygotowanie, wykazuje mi taką chęć, przychodząc na dodatkowe spotkania. Omawiamy tam zaległe tematy ale już w szerszym wydaniu, zazwyczaj w oparciu o Biblię i wtedy musi już się nieco postarać, czytając dany fragment i coś o nim mówiąc. Mam świadomość, że żadnej wielkiej wiedzy nie przekażę ale zależy mi by taki człowiek mógł się określić: czy zależy mu na tyle mocno, by poświęcić trzy-cztery godziny z życia (łącznie, nie na raz) i przyjść po południu, gdy wszyscy inni nie muszą iść.

Na ostatnim tego typu spotkaniu poprosiłem o przeczytanie psalmu nr 1, bo chciałem stąd wyjść w kierunku roli Pisma Świętego jako podstawy życia duchowego dla chrześcijanina. A dzięki temu sam musiałem sobie ów psalm przypomnieć i znów go docenić.

W pewnym momencie jest tam powiedziane, że człowiek występny jest jak “plewa, którą wiatr rozmiata”. Oczywiście słowo “plewa” wymaga wytłumaczenia, bo młody człowiek z miasta nie wie, co to takiego. Ale ja nie jestem z miasta i nie jestem AŻ TAK młody, więc mogę wytłumaczyć. I spodobał mi się ten obraz: plewa, czyli coś lekkiego, pustego. Nie jest to “nic” – ale jest to “byle co”. Człowiek bez zakorzenienia, głębi; pustka, który daje się nieść przez wiatr. Ergo, człowiek bez wewnętrznego kompasu, odniesienia do jakiejś wartości transcendentnej (przekraczającej go). Nie jest to człowiek “zły”, tylko taki, jakby biedny.

Morał tego obrazu plewy jest oczywiście taki, że trzeba się zakorzenić – i to właśnie robi Pismo Święte. Nie jestem jednym z tych, którzy uważają, że w Biblii znajdzie się odpowiedź na wszystko, ani że ma ona działanie magicznego leczenia naszych słabości. Ale uważam, że bez niej chrześcijanin jest pusty, mniej lub bardziej. Jasne, wierzę w Boga – ale kto to? Słyszałem parę historii o Jezusie – i to mi wystarczy. Można i tak, obawiam się tylko, że wtedy ten cały Bóg i Jezus stają się odległymi krewnymi, o których się wie, że gdzieś tam są, ale których się w sumie ani nie zna, ani za nimi nie tęskni. A nie tęsknić choć trochę za Bogiem, znaczy Go za bardzo nie potrzebować. A stąd już niedaleko do niewiary (bo jeśli Bóg mi nie jest potrzebny, to w końcu Go usunę).

Tak sobie gadałem o tym zakorzenianiu i trwaniu przy Bogu, że aż zacząłem popadać w abstrakcję. Traf chciał jednak, że w tym samym dniu przypomniałem też sobie zespół Clawfinger. Ma on sporo wulgarnych i brzydkich piosenek – ma też kilka perełek, jak np. Zeroes and heroes.

Nie będę analizować całego tekstu ale ogólnie, jest to pochwała człowieka poczciwego. Zachęcam do spojrzenia: https://genius.com/Clawfinger-zeros-and-heroes-lyrics

Przebija się tam idea, że prawdziwymi bohaterami są ci oceniani nieraz jako przegrańcy: tacy, którzy przyjdą do pracy pierwsi i wyjdą ostatni, którzy odczekają swoje w kolecje i biorąc, zostawią trochę dla następnej osoby. Bardzo podoba mi się taka idea nieustępliwego, uczciwego, i – co tu udawać – ciężkiego bohaterstwa.

Próbując więc powiedzieć młodemu człowiekowi co to jest Biblia, doszedłem do stwierdzenia, że to właśnie historia takich różnych ludzi. Poczciwych i przewrotnych, słabych plew i mocnych drzew, bohaterów i przegrańców. A pomiędzy nimi wszystkimi, czasem dzięki nim, a czasem wbrew nim, snuje się wątek Boga, który ma coś do powiedzenia. I w tym sensie uważam, że Biblia trwa nadal, tylko nikt jej już nie pisze. Każdy ma swoje miejsce gdzieś na skali od zera do bohatera. A Bóg działa poza skalą, wpadając, gdzie Mu się podoba, czasem musząc się od człowieka kryć, czasem mu się ukazując.

Gwiżdżę na to

Często – stanowczo za często – słyszę zdania o treści, mniej-więcej “kiedyś to było”. Nie w sensie prześmiewczym, jak na tym memie, tylko na serio, jako połączone z żalem wspominki dawnej chwały. Ciężko spotkać kogoś, powiedzmy, powyżej pewnego wieku (ale żeby nie było: granica nie jest wcale zbyt wysoko, może 40 lat?), kto by nie spoglądał wstecz ze smutkiem.

W ramach wspominek i sentymentów mi to nie przeszkadza, bo przecież każdy wspomina swoje młodsze lata z romantyczną nutą. Robi się jednak niebezpiecznie męczące (i męcząco niebezpieczne), gdy staje się normą. Ciągłe porównywanie rzekomo pełnej chwały przeszłości do rzekomo wypranej z chwały teraźniejszości. A robi się już zupełnie niebezpieczne, gdy zastępuje obiektywną refleksję i służy tylko uspokajaniu swojego sumienia.

Naturalnie, szczególnie boli mnie to, gdy dotyczy wiary, czy Kościoła. “Za czasów Jana Pawła Drugiego coś takiego byłoby nie do pomyślenia”. “Trzydzieści lat temu mieliśmy pełne kościoły i ludzie się garnęli, teraz to jakiś żart”. “To wszystko zmierza do upadku, możemy już tylko się modlić i zachować własną wiarę”. I są to oczywiście prawdziwe cytaty prawdziwych ludzi. Zresztą, ciężko się kłócić z faktami: w owym mitycznym wtedy było inaczej/więcej, teraz jest inaczej/mniej. Ale tak samo ciężko ignorować jeszcze bardziej oczywiste fakty: to już minęło, Jan Paweł zmarł i tamte czasy zmarły, a my żyjemy.

Czasem, gdy słyszę tego typu narzekania (bo jak to nazwać inaczej), przypomina mi się Gra o tron. Ludzie ze swoimi ambicjami i głowami pełnymi pięknych historii swoich rodów, walczą o zdobycie/zachowanie tytułu lub chwały, zupełnie ignorując jedyną ważną walkę, którą życie przed nimi stawia właśnie teraz i która prędzej lub później ich wszystkich pochłonie.

Tymczasem, wydaje mi się, że należałoby docenić to, co jest. A może raczej, to kim jesteśmy. Bo, myślę sobie, Kościół dzisiaj nie jest przecież grupą rekonstrukcyjną dawnego Kościoła – nieważne, czy trydenckiego, czy z pierwszych wieków, czy z lat 60-tych. Nie jest też jakimś nieudanym efektem eksperymentu, który trwał 2000 lat, a teraz jednak się w końcu popsuł. Dzisiaj jako chrześcijanie nie jesteśmy popłuczynami “prawdziwych chrześcijan”, bo czegoś takiego jak “prawdziwi chrześcijanie” nigdy nie było. Albo, zawsze byli i są. Bo ta prawdziwość ma miejsce w sercu, nie w układzie społecznym, w liczbie, nawet nie w konkretnej formie liturgii.

Innymi słowy, potrzeba nam chyba takiego patriotyzmu naszych czasów. Nie mówię o miłości do ojczyzny itp, to inny temat. Potrzeba miłości do tych czasów, gdzie się żyje – bo bez miłości do nich, nie da się w nich nic dobrego zrobić. “Choćbym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości nie miał” i tak dalej. Chyba tej miłości brakuje, do tego kim jesteśmy i kim możemy być. Bardziej kochamy to, kim byliśmy.

I na koniec, takim dziwnym przypomnieniem tej miłości, takiej akceptacji swojego bytowania (swojego zakotwiczenia w bardzo konkrentym czasie) jest… gwizdanie. Albo nucenie. Ilekroć słyszę jak człowiek przechodząc coś sobie nuci lub gwiżdże, myślę, że on przyjmuje to konkretne życie. Jasne, może nie jest (jeszcze/już) chrześcijaninem. Ale takim “anonimowym chrześcijaninem”, który jeszcze nie poznał imienia swojego Boga? A zamiast tego jest na razie na poziomie akceptacji świata – danego przecież od Boga? To chyba jest bardziej “coś”, niż “nic”. Bo z grzechem i odrzuceniem Boga/człowieka/świata, wiąże się przecież smutek, złość, walka, niechęć, rozpacz, czyli to co negatywne. A człowiek pełen takich rzeczy nie będzie gwizdać.

Z błota powstałeś

Teraz, kiedy mija już połowa maja, nie wiadomo czy powinno się mówić raczej o wiośnie, czy już o lecie. Wczorajsze grzmoty i błyski na niebie przypomniały mi jednak, że jest bardziej wiosna niż lato.

Jak wiadomo, wiosna niesie z sobą różne pozytywne konotacje: bo życie się rozwija, drzewka pachną, (przynajmniej te, które bywają pachnące), ptaszki śpiewają itp. Powiew nowego życia, rozpoczyna się kolejny cykl natury. Przy okazji pojawiają się i u człowieka nowe pokłady chęci i nadziei – chwilowo przeminęły długie, wieczorne i zimne wieczory, a nadchodzą pełne obietnicy nowych szans długie dni.

Poza tym jednak, rzadko się zauważa, że wiosna jest… brudna. Niechlujna. Bo kiedy spadnie śnieg, wszystko pokrywa schludna, biała warstwa. Nawet bezśnieżna zima ma swoją estetykę, bo jest połyskujący lód, czasem sople, mgiełka wydobywająca się z ust i tak dalej. Zima kojarzy mi się z konserwowaniem przyrody. Przychodzi mróz i wszystko chwyta takim, jakim zastał. Z kolei, kiedy przychodzi wiosna, robi burdel. Padają deszcze, płyną wody, robi się błoto, odsłania się wszystko co niezbyt-piękne, a co było dotąd ukryte pod śniegiem. Każde miasto, które może być urocze zimą, na wiosnę wydaje się brudne, zaniedbane i wymagające ratunku. Nawet wspomniane śpiewaniem ptaszków i pachnienie drzew – jest w tym jakaś kakofonia, wpadająca czasem w hałas.

Behold, kałuża

Wiosna konserwowaniem już nie jest. Jest tworzeniem nowego. Kiedy w nowych promieniach słońca zaczyna gnić trawa z poprzedniego roku, to po to, żeby stać się podkładem dla nowego. Błotnista woda, chociaż brudzi mi buty i je przemaka, koniec końców jest potrzebna, by coś z niej czerpało.

Stwierdzam, że nowość i twórczość musi wiązać się z jakąś dozą chaosu. Prawdziwe życie rośnie tam, gdzie jest prawdziwy burdel. Widać to w ogródku, widać w księdze Rodzaju (kiedyś był taki obraz, nie pamiętam autora: Bóg siedzi jak niemowlę ubabrany gliną i uśmiechnięty: lepi człowieka), widać w tajemnicy Wcielenia (stajnia-gnój-krzyk dzieciątka-pasterze-smród-brak higieny), widać to w każdym sumieniu. “Zamrożony” człowiek może być estetyczny, jak sterylne białe pomieszczenie – ale nie będzie też “płodny”. Może dlatego prostytutki i złodzieje (lub też “nierządnice i celnicy”, Mt 21, 31) wchodzą do królestwa przed innymi. Może dlatego nauka początek życia na Ziemi nazywa się bardzo ładnie “pierwotną zupą”. Bóg nie karmi bezpłciowymi pastylkami, tylko bogatą mieszaniną doświadczeń, pełną bakterii i potrzebnych elementów. Jak dobra matka (lub, w tym wypadku, Ojciec).

Demony fizyki

Przygotowywałem ostatnio pogadankę (katechezą tego nie nazwę, bo element religijny jest tam tylko dodatkiem – i to umieszczonym na końcu) o zasadach budowania poprawnych relacji interpersonalnych. Całość można by sprowadzić do zdania “byłoby łatwiej i korzystniej gdybyśmy mówili, co czujemy i myślimy”. Czyli, formułowanie komunikatów typu “ja”, zamiast “ty”. Ja czuję to i to, kiedy ty mówisz to i to. Ja myślę, że ty chcesz przekazać to i to. Ale, jak wiemy, w praktyce wychodzi dużo częściej “ty jesteś taki i taki”, bez wskazania na konkretne zachowanie i na skutki, które we mnie ono sprawia.

Przygotowując pogadankę i potem ją prowadząc, stwierdziłem, że owszem, to widać i czuć. Słabo się słuchamy i tym bardziej, słabo mówimy to, co naprawdę chcemy powiedzieć. Sam często popełniam ten błąd ale teraz jestem przynajmniej jego nieco bardziej świadom i będę starać się prowadzić inaczej. Uświadomiłem sobie jak często działam według moich osobistych podejrzeń i przewidywań co do intencji drugiej strony. Mogę mieć na tyle dużo taktu, by o tym nie mówić na głos ale wciąż, nie jest to dialog tylko stawianie się w roli… no właśnie, kogo? Chyba sędziego?

Żył w XVIII-XIX wieku pan Pierre Simon de Laplace, fizyk (a może powinienem powiedzieć: przyrodnik), który powziął myśl, że gdyby poznać położenie wszystkich cząsteczek we wszechświecie i ich wektorów w danym momencie, możnaby wyliczyć zarówno gdzie musiały być przedtem (poznać przeszłość) jak i, gdzie znajdą się za chwilę (przewidzieć przyszłość). Jeśli spojrzeć na świat bardzo atomistycznie, jest to jedyna potrzebna i jedyna możliwa wiedza, która obejmuje wszystko i zawsze. Taką koncepcję nazwano demonem Laplace’a. Siedzi sobie teoretyczny demon Laplace’a nad światem i zna wszystkie cząsteczki, wie gdzie były i gdzie będą. Wiązało się to z wizją świata fatalnego, określonego odgórnie i przewidywalnego.

Myślę, że każdy człowiek – wiem, że ja na pewno – czasem próbuje zostać takim demonem Laplace’a, odnośnie zachowań bliźnich. Ktoś do mnie kieruje przekaz i wydaje mi się, że wiem dlaczego właśnie tak mówi (znam przeszłość w sensie jego charakteru itp) oraz do czego zmierza (znam przyszłość: jego intencje i cel).

Koncepcja Laplace’a upadła ostatecznie dzięki zasadzie nieoznaczoności (Heisenberga). Nie da się w pełni dokładnie zmierzyć pewnych par wielkości (mówi się, że nie komutują się). Kiedy zaczynam mierzyć wielkość A, muszę utracić pewne informacje odnośnie wielkości B, bo sam akt pomiaru zaburza cały układ. Stąd też na przykład taki żart:

– Ilu Heisenbergów potrzeba do wymiany żarówki?

– Gdybyśmy wiedzieli ilu, nie wiedzielibyśmy gdzie jest żarówka.

Taką nieoznaczoność chyba trzeba dla uczciwości przyjąć odnośnie bliźnich. Nie jestem w stanie poznać aktualnego “położenia”, a tym bardziej zgadnąć “wektora”. A jeśli chcę zachować życzliwość wobec człowieka, wypada żebym uznał za prawdę to, co sam o sobie powie, zamiast się domyślać i tworzyć sobie interpretację.

Jestem świadom, że ostatnio już odnosiłem się do tego fragmentu ale zaiste, jest on tego godzien, by powtórzyć. Święty Jan:

Bóg jest większy od naszego serca i zna wszystko.

1 J 3, 20

Każdy z nas jest gorszym obserwatorem samego siebie niż jest Bóg, który (jak wierzę) może być ponad zasadą nieoznaczoności. On może obserwować nas, bez ingerowania w nasz uklad. Tym bardziej, że to “obserwowanie” może być równie dobrze tym, co nazywamy “istnieniem”. O tym zresztą pisał często Augustyn w Wyznaniach – na przyklad tam gdzie mówi, że nieumiejętnie szukał Boga poza sobą, a On był zawsze właśnie wewnątrz i czekał.

Płynie z tego za to ogromna szkoła pokory: skoro samego siebie nie mogę poznać zupełnie, to jakim prawem mogę myśleć, że poznałem kogoś poza mną? Dla mnie jako spowiednika, katechety, członka rodziny czy po prostu człowieka spotykającego innych ludzi, to ważna lekcja od demonów fizyki.

Mocne kobiety

Słysząc ostatnio piosenkę KSU “Czym jest wiary sens” pomyślałem sobie o oślicach Balaama (nie chce mi się tłumaczyć co to). Wkleję od razu poniżej piosenkę, bo i melodyjna i niegłupia.

Rozumiem buntowniczo-pacyfistyczne nakładki z początku lat ’90 i rozumiem, że nie jest to “religijny” tekst… a może nie rozumiem. Bo jest religijny, niezależnie od intencji autorów. Jest “zaplątany” w chrześcijaństwo, jak wszystko inne. Padają tam też w końcu słowa “Już czas do Biblii popatrzeć”, co właściwie zawsze jest prawdziwe dla chrześcijanina. Oślica Balaama…

O takich różnych oślicach Balaama myślałem sobie ostatnio w drodze. Kilka godzin jazdy aż prosi się o dobre wykorzystanie czasu, więc po odsłuchaniu godzinek, litanii loretańskiej, dwóch rozdziałów ze św. Pawła i zmówieniu różańca (taki zestaw małego kierowcy, trwa łącznie około godzinki, polecam) przyszedł czas na książki. Tym razem miałem okazję słuchać wykładów pani badaczki gender studies na temat średniowiecza. Mądra kobieta mówiąca o innych mądrych kobietach. Ale do rzeczy. Jedną z interesujących ją (a przez to i mnie) postaci, była święta Olga. Lub też, księżna Olga, lub też Olga Kijowska, lub też Olga Wielka. Dziesiąty wiek, brutalne czasy, chrześcijaństwo dopiero nieśmiało wchodzi na tereny słowiańskie.

proszę, jak ładnie patrzy z oczu św. Olgi

I czym się wsławiła święta Olga? Ano, zanim została świętą, na przykład tym, że była wierna mężowi. Była żoną księcia kijowskiego Ruryka (imienia nie pamiętam), który został zabity przez plemię Drewlan. Owo plemię wysłało później oficjalne zapytanie, czy księżna wdowa nie zostałaby żoną ich szefa. Rozumowali, że będzie zastraszona i się zgodzi. Odpowiedziała, że chętnie ale musi być oficjalnie zaproszona – musi przybyć delegacja i ją prosić. Delegacja przybyła. Delegacja została z ceremoniami i czcią wniesiona do miasta, wrzucona do dołu i zakopana żywcem. Potem święta Olga, która jeszcze nie była święta, zapowiedziała, że chętnie się ożeni ale że muszą ją poprosić ludzie znaczący a nie kmiotki. Ludzie znaczący przyjechali, poprosili. Tych już nie zakopano, ino spalono. Po czym, udała się Olga (jeszcze nie święta) na grób męża, który znajdował się akurat w stolicy Drewlan (którzy go przecież zabili) i urządziła tam ucztę ku czci zmarłego. Śmietanka miasta się spiła, ludzie Olgi im posługiwali zachowując trzeźwość, po czym ich wyrżnęli. I ostatni akt: trwa już wojna na full, oblężenie stolicy Drewlan. Olga proponuje pokój ale żąda okupu w postaci setek jaskółek z miasta, mówiąc, że taki jest obyczaj. Zdziwili się ale dali. Do jaskółek przywiązano płonącą słomę, jaskółki wrócił do swoich gniazd, miasto spłonęło od środka.

Olga potem się nawróciła na chrześcijaństwo, które promowała z podobną konsekwencją, jaką przejawiała dotąd w polityce. Na tyle mocno, że jej syn-poganin uczcił ją chrześcijańskim pogrzebem, choć było to dla niego faux pas. Ale jej wnuk już też został chrześcijaninem i następcy podobnie. Święta katolicka ORAZ prawosławna, jedna z ostatnich. W prawosławiu nazwana oficjalnie – i to chyba największy szok – “równa apostołom”.

A z drugiej strony (przynajmniej z drugiej strony Polski) inna święta: Hildegarda z Bingen. Przyznam szczerze: zawsze kiedy widziałem jakieś książki w księgarniach w stylu “Modlimy się ze św. Hildegardą”, czy “Dieta św. Hildegardy”, wyobrażałem sobie, że to jakaś dawna zakonnica, która żyła pobożnie, zbierała ziółka i była lokalnie znana w Niemczech, a nie wiedzieć czemu, stała się popularna także poza Niemcami. Byłem w wielkim błędzie. Najciekawszy moim zdaniem motyw, pomijając jej wizje, setki pieśni, zakładanie klasztorów, publiczne upominanie hierarchów i wiele innych akcji: późną nocą święta Hildegarda z Bingen zaciera ślady po świeżo wykopanym grobie. Jak na filmie. Bo pogrzebano człowieka, który był znanym grzesznikiem, a który w ostatnich chwilach przed śmiercią wyraził skruchę i wyznał wiarę – ale tylko ona jedna była świadkiem. Poinformowała właściwe władze kościelne, które zakazały pogrzebu. Ona jednak, zgodnie z sumieniem, zorganizowała pogrzeb i zatarła po nim ślady, aby nie wyniesiono człowieka z ziemi poświęconej.

I na koniec, do współczesności. Rozmawiam wczoraj z jednym panem spotkanym dość przypadkowo. I równie przypadkowo wyciągnął ze mnie, że jestem księdzem (bo gadaliśmy na zupełnie innym poziomie i temacie ale się dopytywał co robię). A wtedy się otworzyły u gościa bramy i poszło wszystko: jak wyglądało jego życie, jakie popełnił błędy, co ma za złe Kościołowi i co myśli o Bogu. W skrócie: nie gra w mojej drużynie ale nie jest też napastnikiem przeciwnej. Raczej taki kibic z trybun. I słuchając jego życzliwego (jakby nie patrzeć) zwierzania się, myślę sobie: kurde, przecież każdy z nas będzie/jest sądzony ze swego sumienia, niekoniecznie z czynów w sensie fizycznym, bo te nie mówią całej historii. I taki prawdziwy człowiek jak ten, z takim nawet pokręconym sumieniem – nie będzie moim zdaniem sądzony jako zły. Tak jak święta Olga czy, tym bardziej, Hildegarda zasypująca groby po nocy. I wierzę w to, że nie bez powodu akurat dzisiaj na spotkaniu biblijnym z młodymi pojawił się tekst z 1 J 3, 20 – Bóg jest większy od naszego serca…

Eskapizm czy kontrirytacja?

Pewna droga mi osoba stwierdziła ostatnio, że praktykuje eskapizm, uciekając od swoich bardzo życiowych problemów (zbyt życiowych problemów) w światy nierealne. Na lekcjach polskiego mówiło się o nich “świat przedstawiony”. Czyli uciekanie w jakąś “inną” narrację, nieosadzozną w rzeczywistości. I tak się zastanawiam, czy to właściwie coś złego…

Dało mi to wyznanie do myślenia. Po pierwsze, co do siebie. Tak, tutaj bez ogródek należałoby się zmierzyć z własną słabością i powiedzieć – tak, ja też to znam. Bo czymże innym jest zagłębianie się na przykład w książki czy jakiekolwiek inne scenerie rozplatane w umyśle (serial, film, muzyka, hobby)? Poświęcam swój czas czemuś, co nie jest stricte moim życiem ani moim zadaniem. Czemuś, co nie jest nawet realne, bo przepadnie dokładnie w momencie, w którym ja przepadnę. Czy to JUŻ eskapizm, czy JESZCZE NIE? Prawdopodobnie zależy od nasilenia i od przejęcie tak zwanego “prawdziwego” życia przez te “inne” rzeczy. W takim momencie przypomina mi się Izajasz i słowa “czemu wydajecie pieniądze na to, co nie jest chlebem” (Iz 55, 2). Taki zakorzeniony w życiu zarzut.

A z drugiej strony – czy to coś złego? Owszem, gdyby takie zainteresowanie pogarszało “osiągi” w tak zwanym realnym życiu, byłoby złe. Kiedy jednak w jakiś sposób je pogłębia, albo aktualizuje? A wydaje mi się, że tak jest. Może to już nie jest tylko eskapizm, ino refleksyjność?

Tak sobie snuję rozważania na kanwie tego, że ostatnio coś mnie naszło (to “coś” kiedyś zdarzało się częściej, a teraz prawie wcale) i napisałem opowiadanie. Swego czasu miałem opowiadań dużo. No, kilkanaście. Dla mnie to dużo. Wydrukowałem, przekazałem jednej drogiej mi osobie do wglądu i usunąłem bo uznałem, że jednak nie jestem z nich dumny. A teraz “to coś” wrociło. Tak bywa. Pewnie sobie znowu pójdzie ale wiem tylko, że póki co, natchnęło mnie na chwilę i zmusiło do popełnienia głupawego tekstu. Zanim jednak powstał głupawy tekst, zaczęły działać synapsy w mózgu, wyobraźnia, “pieniądze” zostały poświęcone na to, “co nie jest chlebem”. Więc z jednej strony poczucie spełnienia, z drugiej jakiś wyrzut.

Jest w dawnej medycynie teoria zwana “kontrirytacją”, a może bardziej po polsku “kontrpodrażnienie”. Mówi ona, że skupienie uwagi organizmu na jednym aspekcie, pozwala zapomnieć o innym. Jeżeli boli mnie chronicznie głowa, przypalam sobie rękę rozgrzanym żelazem, żeby zapomnieć o głowie. I organizm miałby przekierować swoje siły i uwagę na ten inny problem. Kontrirytuję coś, żeby odciążyć inną sferę. Może o to właśnie chodzi w tak zwanym eskpiźmie? Może umysł wyrywa się z ograniczeń niekoniecznie budującej codzienności?

Jak by nie było, oczywiste jest, że codzienność/rzeczywistość zajmie się nami. Czy tego chcemy czy nie. Więc chyba jest jakby mechanizmem obronnym, by tej rzeczywistości trochę wewnętrznie unikać?

Create your website with WordPress.com
Get started