Gorzkie przybywajcie

Uczestnicząc ostatnio w gorzkożalowym nabożeństwie, miałem kilka przemyśleń. Na czym właściwie polega to przeżywanie Wielkiego Postu? Bo mam wrażenie, że bardzo mocno polega na opowiadaniu sobie historii o Jezusie, jak to On cierpiał itp. I to wszystko jest prawda, pod względem historycznym, czy estetycznym – ale zatraciła się chyba w tym zdolność “wczucia”, nie? Patrzę po sobie: dzisiaj, tego cierpienia znamy dużo, jeśli nie z bliższego otoczenia, to ze świata. A oprócz rzeczywistego cierpienia, cała narracja popkultury, w której jesteśmy, zawieszona została (obawiam się, że nie bez złych intencji) w tematyce bólu i beznadziei. Czy w czasach, kiedy sposobem spędzania wolnego czasu jest np. oglądanie seriali kryminalnych, a główne serwisy informacyjne są pełne makabry – czy jeszcze jest w nas zdolność wzruszenia się nad Jezusem, którego ktoś uderzył w twarz czy biczował? Nawet, krzyżował? Myślę, że ta zdolność jest szczątkowa. I znowu: patrzę po sobie.

Może jednak nie jest tak źle, bo “cierpiętnicze” przeżywanie Postu to nie jedyna droga i nie zawsze tak było. Tyle, że to obrosło wiekami tradycji i póki co, nie bardzo jest czym zastąpić.

Inna wielkopostna myśl, z rozmowy z szefem: mamy taką wielką koncentrację na poście, z tymi wszystkimi kazaniami, nabożeństwami, tematyką, klimatem, a to wszystko nie jest celem. To tylko środek przygotowujący do czegoś ważniejszego, czyli Wielkanocy. Tymczasem Zmartwychwstanie przeżywamy zazwyczaj “tak sobie”. Jasne, jest radość, czuć zmianę klimatu, jest coś innego ale wydaje się, że te długie przygotowanie zupełnie przyćmiewa sam cel główny. I potem zostaje w pamięci tylko bardzo długa Msza na koniec Wielkiego Postu (czyt. Wigilia Paschalna). Coś tu jest stanowczo nie tak.

Zastanawiam się, co można z tym zrobić. Jak inaczej to ogarnąć. Inne akcenty. Na coś innego nacisk. I myślę sobie, że to coś innego musi być pozytywne. W sensie: nie polegające na odbieraniu czegoś i ograniczaniu (jak to się kojarzy z postem), tylko na dodawaniu i rozwijaniu. Zamiast “stać się mniej złym”, “stać się więcej lepszym”, coś w tym stylu.

Prowadzi mnie to do wniosku, jak dużo widzę defetyzmu. Wśród księży jakby nawet więcej niż wśród świeckich. Defetyzmu, czyli uznania, że owszem robimy to co trzeba ale koniec końców i tak przegramy. Jakbyśmy nie ufali, że to ma tak do końca sens. Jakbyśmy ze zrezygnowaniem służyli Panu, bo to Pan i trzeba Mu służyć, bo to sprawiedliwe – ale pogodzili się z tym, że wyjdziemy na tym źle. Jakbyśmy spożywali i sprzedawali gnijące owoce. Oczywiście nikt mi tego nie powiedział wprost, mam tylko takie odczucia po rozmowach i obserwacjach zachowań. Sam nie jestem żadnym niepoprawnym optymistą ale wydaje mi się, że częścią wiary musi byc także wiara w sensowność wiary. Wierzę Bogu, że On może i chce, że się interesuje. Bo gdyby to nie była prawda, to co nam po tym, że On jest Bogiem?

W świetle tego, uważam, że dużo bardziej niż próba mitycznego nawracania się z takich czy innych grzechów osobistych (chociaż to też ważne, jasne), konieczne jest nawrócenie się z praktycznego braku zaufania. Bez tego nie idzie ani niczego mądrego wymyślić, ani tym bardziej zrobić. A tu tylko ciągle “Gorzkie żale przybywajcie” i odgrzewamy te same emocje, które jak dotąd naszego życia nie przemieniły…

Jakoś dziwnie mi to pasuje do piosenki z ostatniego albumu Trivium…

Jazda Astrą Zenka

Zaiste była to jazda. Wczoraj po południu wezwano mnie na szczepienie. Po spędzeniu 45 minut w poczekalni ze współnauczycielkami (te rozmowy, te problemy, coś pięknego), dopuszczono mnie do pokoiku na ukłucie. Cyk i gotowe, nic wielkiego. “Proszę poczekać 15 minut w razie ewentualnej reakcji alergicznej”. Eyeroll, no dobra – ale chyba wiemy, że mi się to nie przydarzy? To trochę jak po oddawaniu krwi: “proszę zostać w budynku przez 20 minut”. Jasne, mam autobus do złapania…

Koniec końców, około 22-iej jednak pojawiły się różne nieprzyjemne objawy i zaczęła się tzw. jazda. Gorączka i takie tam, zgodnie z ulotką. No, tak zimno dawno mi nie było. Ale nie chodzi o opisywanie jaki to jestem biedny, tylko o to, co dzieje się w takim stanie z mózgiem.

Zawsze kiedy miałem gorączkę, czułem się jak pasażer obserwujący drogę z tylnego siedzenia. Oglądasz jak przez umysł przelatują dziesiątki niezwiązanych ze sobą myśli i zastanawiasz się, skąd to kurde się wzięło. Coś jak przy gotowaniu rosołu, kiedy wszystko w tym garnku się przewraca i co jakiś czas na powierzchnię wychodzą rzeczy, których nikt nie podejrzewał. Tak też było i tym razem. Ile haseł, pomysłów, obrazów, osób! No i niestety większości nie pamiętam. Transkrypcja takiego ciągu myśli mogłaby wyglądać następująco: zimno jest, ciekawe kiedy w tym roku są wakacje, przysmażone pierogi są lepsze od gotowanych, jeśli paliwo kosztuje tyle to potrzebuje tyle pieniędzy na przejazd, ciekawe co ta osoba miała na myśli mówiąc te słowa, muszę spróbować airbrushingu, apostoł Andrzej to był gość, rottweiler to chyba taki czarny pies, na którą ustawiłem budzik, faktycznie jest zimno, ale lepsze od pierogów jest… I te wszystkie niezwiązane ze sobą rzeczy w ciągu sekund, ciągły stream nieskrępowanej treści.

W gorączce zawsze mam też powracający quasi-koszmar, może bardziej wizję (bo to na jawie). Widze kulę. Szarą, obracającą się kulę. Nie wiem, czy tylko ja tak mam czy to powszechne. Wszystko wokół się kręci (kręci się w głowie), a ta wielka kula cały czas się zbliża, rośnie… A kiedy już zajmuje całą przestrzeń, znów się oddala aż stanie się malutka. A potem znów rośnie, grożąc przygniecieniem. Kiedyś w akademiku, gdy gorączkowałem, zdawało mi się, że ściany naciskają na mnie z każdej strony i spadłem w dziurę za łóżko (bo, wiadomo, to obroni przed wszystkim). Ale kula zawsze jest. Dziś w nocy też była, choć krótko.

Ostatecznie jednak, po zakończeniu jazdy Astrą Zenka, jest jak po wypadku – wychodzisz potłuczony i nie wiesz co się dzieje.

Zawiązuję buty ale nie zamierzam biec

Kiedy jechałem dziś samochodem, z mojej playlisty wyskoczył Leonard Cohen. Tym razem z najnowszym albumum Thank you for the dance, wydanym po jego śmierci. Ten konkretny album nie jara mnie tak, jak poprzednie, widać, że sklecony na siłę z pozostałych piosenek ale skutecznie przypomniał mi fascynację panem Cohenem.

Powiem od razu: po pobieżnym zapoznaniu się z jego twórczością, stwierdziłem, że interesują mnie tylko nowsze rzeczy, mianowicie od Old ideas z 2012 r. Owszem, zawsze miał ten swój rozpoznawalny głos, który ciężko nazwać śpiewaniem – ale im starszy, tym lepszy, kompozycje też podobnie.

Nie chcę jednak mówić o muzyce jako muzyce. Leonard Cohen to zupełnie nie moja działka (przecież wskoczył na playlistę zaraz po Ritual Soulfly!) ale go polubiłem. Warto się zapoznać i ocenić. Nie jest to coś, czego słucha się z chęcią co dzień – ale przy odpowiednim klimacie, w półmroku, gdy leje deszcz, gdy trzymasz w ręku gorący kubek herbaty. Do spania też dobre.

19 dni po wydaniu tej płyty Cohen zmarł

Dla mnie równie ważna obok nieco generycznej momentami muzyki i obok zawsze takiego samego głosu, jest filozofia tekstów. Albo inaczej, ich klasa. W tekstach Cohena wciąż słychać eleganckiego Izraelitę, czasem dyskutującego z Bogiem, czasem wspominającego swoje życie. Taka spokojniejsza wersja Tewjego ze Skrzypka na dachu. Czasem ironia, czasem gorzkość, zawsze kultura i ciekawe, acz proste zagrywki słowne. Emocji też jest tu dużo ukrytych i, co ciekawe, pomimo swojego zazwyczaj “zrezygnowanego” przesłania, napełniają jednak mnie błogą akcpetacją, poczuciem zgody. Taką piosenkę You want it darker, gdzie Leonard żegna się ze światem, chciałbym usłyszeć na swoim pogrzebie z jej refrenem:

hineni, hineni – I’m ready my Lord

“Hineni”, czyli “oto ja”, słowa Abrahama z księgi Rodzaju. Staję przed moim stwórcą, patrzę wstecz i kiwam głową. Wystarczy. Coś pięknego.

I’m lacing up my shoes

But I don’t want to run

I’ll get there when I do

Don’t need no starting gun

Slow z płyty Popular Problems z 2014

W technikum im. Jezusa

W średniowieczu mówiono, że śmierć to “wielki wyrównywacz”, że wobec niej wszyscy są tak samo bezsilni. Dance macabre i te sprawy. Później G.K. Chesterton pisał, że taką rolę w społeczeństwie eleganckim spełniają kapelusze. Bo czy po ulicy idzie kapitalista posiadający kilkanaście fabryk i praktycznie rządzący życiem podwładnych, czy kurtyzana z Moulin Rouge – każde z nich musi tak samo przytrzymywać dłonią kapelusz, żeby nie odleciał. A kiedy już odleci, każde z nich wygląda równie komicznie biegając za nim.

My już w społeczeństwie eleganckim z pewnością nie żyjemy ale taka chęć znalezienia “wyrównywacza” wciąż jest obecna. Chyba dlatego zawsze lubiłem w książkach, filmach, kazaniach czy czymkolwiek, kiedy zrzucano ludzi znanych z pomników i pokazywano jacy to oni byli zwyczajni. Że Juliusz Cezar był kapryśny, a Popiełuszko jarał papierosy jeden po drugim. Bo to chyba oczywiste, że żaden człowiek pomnikowy nie jest.

Dlatego podoba mi się książka Twelve ordinary men Johna MacArthura. Omawia osoby apostołów, oczywiście opierając się na Ewangelii, a nie swoich domysłach. Nie chce mi się poruszać zawartości, można się domyślić mniej więcej o czym jest – ale fakt, że pan John robi to bardzo sprawnie i że jest też głęboko wierzącym (baptystą). Mnie ta książka zachęciła, żeby poznać jego inne rzeczy.

To, co szczególnie mnie uderzyło i nie daje spokoju, znalazło się gdzieś w pierwszych rozdziałach. Ogólne spojrzenie na styl Jezusa i sposób formowania uczniów. Otóż, jak wiemy, Jezus nauczał max. 3 lata (podane są nawet konkretne przypuszczenia w miesiącach ale to nieważne). Rzadko jednak zauważamy, że wcale nie od samego początku powołał apostołów. To przyszło po czasie. Najpierw zbierał takich przygodnych słuchaczy. I kiedy dotarł do powoływania apostołów, zostało mu (przypuszczalnie) 18 miesięcy. Półtora roku, żeby przekazać apostołom swoją naukę, pokazać jakimi mają być i natchnąć ich wiarą. Przecież dzisiaj nawet kurs szydełkowania może trwać dłużej… Więc mało czasu, to po pierwsze.

Po drugie – jak to Jezus robi? Przekazuje wszystkim, czyli tłumom, ogólną naukę, wezwanie do nawrócenia, przypowieści, uzdrawia ich, rozmnaża chleb itp. Ale o co chodzi i jak to konkretnie rozumieć, tłumaczy tylko nielicznym, czyli głównie apostołom, oraz ewentualnie tym, którzy specjalnie zagadają (Nikodem, kobieta przy studni, Marta/Maria, może jeszcze kilka osób). Główny wysiłek idzie jednak na DWUNASTU. Okazuje się jednak, że nawet w tej grupie nie ma równości! Oni też zawsze występują w trzech grupach po czterech (3×4=12, duh), każda coraz mniej zaawansowana. Najbliżej Jezusa? Pierwsza grupa: Piotr-Jan-Jakub, trio, które miało najbliższy dostęp. Widzieli więcej, rozumieli więcej, wymagano od nich więcej. Hint: Judasz był w ostatniej, najmniej związanej z Jezusem.

I co mi to wszystko mówi? Nawet Jezus nie potrafił – albo nie chciał – mówić wszystkiego wszystkim. Nawet On widział, że tak się nie da. Że skutecznie można trafić tylko do jakiejś wąskiej grupy, z którą się dużo przeżyło. No bo nie okłamujmy się, nauka apostołów, to nie był kijowy kolorowy podręcznik równie ambitny co oderwany od rzeczywistości, jakie mamy dzisiaj, tylko obserwowanie Jezusa i dzielenie z Nim wypadków.

A my? A my chyba sobie przez wieki (“my” jako “Kościół”) uwierzyliśmy, że jesteśmy już mocniejsi i mądrzejsi od swojego Pana. Że będziemy potrafili trafić do wszystkich, bo przecież ludzie to religijne statystyki, które wystarczy opanować. Stąd nasze porażkowe lekcje katechezy w szkole, niewierzący chrześcijanie zdobywający kolejne sakramenty jak odznaki w harcerstwie… chociaż nie, harcerze chyba bardziej szanują swoje odznaki. Chodzi mi o to, że nie wykształciliśmy “dwunastu”. Grup, które przeżywałyby swój czas z Jezusem, zamiast słuchać bajek o Nim.

Tak, wiem, że nie odkryłem Ameryki. “Kościół małych wspólnot” to coś, o czym mówią dawno. Na Zachodzie niby ma już istnieć, u nas niby się właśnie tworzy. Tylko też chyba przy tym wszystkim zapomnieliśmy trochę, że zmiejszenie się liczby słuchaczy, nie sprawia, że są oni automatycznie “małą wspólnotą”. Wciąż mogą być “małym tłumem”, który nie rozumie więcej, niż przedtem “duży tłum”.

No niestety, Jezusem nikt z nas nie jest i nie ma ani Jego charyzmy, ani Jego boskości. Mamy Jego obecność i możemy mieć Jego Ducha (jeśli ładnie poprosimy) – oraz mamy Jego metody. Teraz tylko bądź mądry i coś z tym zrób…

Jak Popiela myszy zjadły

Mam taką zasadę, że na piśmie nie przeklinam. Dlatego na niektóre smsy czy wiadomości nie odpisuję od razu, a tym bardziej, nie wypowiadam się dłużej. Słowo pisane powinno mieć większą wagę niż mowa. Pewien profesor uczył: “jak pomyślisz, to nie mów. Jak powiesz, to nie pisz. Jak napiszesz, to nie podpisuj. Jak podpiszesz to płać”.

W związku z tym nie chcę otwierać skarbca wnerwienia, który wciąż jest coraz bogatszy dzięki postawie ludzi Kościoła i państwa, hierarchów i nie tylko. Czuję tylko, jakbym żył w rodzinie, gdzie okazuje się, że kolejny wujek/kuzyn/dziadek, który zawsze “pierwszy do mądrości”, jednak jest zły. Rodzina biedna, w rodzinie się jest, nazwisko niczemu nie winne – ale ile jeszcze w tej rodzinie draństwa? Tak mówię o tej rodzinie, bo wciąż naiwnie wierzę, że jesteśmy braćmi Jezusa. Beznadziejnymi braćmi ale zawsze (co musi czuć rodzeństwo Elona Muska? Choćby nawet byli dobrzy w tym, kim są – on już zawsze będzie Elonem Muskiem).

Pro tych medialnych nowości, “obrońców” i “nagonek”, “wyrazów współczucia” i “szczerego zatroskania” – przypomina mi się król Popiel. Na kanwie wczorajszej Środy, skojarzenie według imienia oczywiście. Przypomniałem sobie historię króla Popiela i oto słowa :

– Królu, twoja władza jest silna, silna podstępem i orężem, ale ponad twoją władzę są myszy – i dodał – Panie, strzeż się myszy!

– Cóż pleciesz starcze, ja mam się bać myszy? – zdziwił się Popiel ja, który nie boję się wilków, żubrów i niedźwiedzi, mam się lękać małych myszy?

Legenda o Królu Popiele, http://www.msw-pttk.org.pl/legendy/kruszwica/popiel.html
Król Popiel i jego Lady Makbet ukrywają zbrodnie

Ależ to jest aktualne. Nieustraszeni swego czasu potentaci padają, myszy wychodzą z trupów i swoją liczbą zalewają zamek niesprawiedliwości. Nie wiem jeszcze w jaki sposób ale jest to ewangeliczne (łaknący sprawiedliwości?).

Drugi wątek, zupełnie inny. Środa Popielcowa na moim podwórku. Po jednej Mszy osoba przychodzi zadać parę pytań i parę komplementów odnośnie kazań (“zawsze mi się podobają” itp). Miło, pycha +10, akurat na Wielki Post.

Podczas kolejnej Mszy – burda i krzyki w kościele. Pobożny pan parafianin wyrzuca siedzącego obok młodzika, który bawi się komórką przez całą Mszę, a tamten oczywiście zaczyna krzyczeć “szatan to gej” (swoją drogą, czemu akurat tego użył jako wyrazu buntu…) i robi siarę wszystkim. Niemiło, pokora +10. Kilku innych panów zaraz wyleciało szukać gościa na dworze, ja za nimi, żeby wiedzieć co się dzieje. Na szczęście nikogo nie znaleziono i panowie wrócili do środka.

Przechodząc parę minut potem do chaty widzę dwóch łebków pod płotem i pytam czy to oni robili siarę. Oczywiście się przyznali, oburzeni, że ktoś ich wyrzuca z kościoła. “A ja nikomu nie przeszkadzałem, tylko odpisywałem na messengerze”. Pogadaliśmy chwilę, przedstawiliśmy się, no hard feelings. Poprosiłem, żeby już się nie mścili na tym człowieku, który wyrzucił, tylko odpuścili temat. Już widzę te nagłówki…

I ostatni akord tematu: do zakrystii przychodzi oburzony pan, aby opowiedzieć jak było naprawdę, co kto zrobił itp. Ogólnie, chciał ścigać tamtych. Powiedziałem, że znam sprawę, że się zapoznałem, że gadałem, że już ich nie ma. Właściwie żałuję, że mu nie podziękowałem za czujność, bo wykazał odwagę społeczną.

A na koniec myślę sobie: i ci chwalący, pytający, broniący i ci zbuntowani, młodzi, chamscy – są parafianami. I ci i ci są braćmi Chrystusa. A nawet moimi. No, różnią się religijnością, to na pewno, oraz kulturą. Ale którzy są “prawdziwsi”? Którzy są myszami w tym układzie?

Leśny encounter

Protip – nie spaceruj zimą po lesie, przynajmniej niezbyt daleko.

Pamiętam obejrzany dawno temu film Как я провёл этим летом, czyli Jak spędziłem koniec lata. Strasznie dziwny i depresyjny, o pobycie na stacji meteorologicznej na rosyjskiej północy (lub wschodzie?), o narastającym konflikcie dwóch osób i tak dalej. Najmocniejsza, nie wiem czemu, była dla mnie scena: bohater idzie sobie samotnie, wszędzie wokół śnieg i pustka. Żadnej muzyki ani dźwięku, tylko chrzęst mrozu. I widzi daleko daleko, jak coś się porusza. Wpatruje się, a tu z daleka biegnie do niego niedźwiedź polarny. Jest daleko, może ze dwa kilometry – ale nigdzie wokół nie ma ani miejsca do ukrycia, ani do ucieczki. Są wewnątrz tej samej pustej krainy. Tak mnie wtedy poruszyła ta przygnębiająca świadomość, że nie ma gdzie uciec. Miś biegnie ma daleko, biegnie średnio szybko, truchtem i ma do tego pod górkę, a koniec końców i tak musi dopaść człowieka.

Co ta wspominka wnosi? Otóż ostatnio zakończyłem słuchać lekkiej powieści Outage o potężnej zamieci śnieżnej spadającej na miasto, odcinającej prąd, telefony itp. No i dodatkowo, budzącej ukryte pośród ludzi od lat wilkołaki. Jedna ciągła ucieczka z miejsca w miejsce z narastającą psychozą w tle i okazjonalną walką. Taki zimowy thriller. Z tą właśnie książką wybrałem się ostatnio do lasu na cotygodniowy spacer. Wyjeżdżam za miasto, wysiadam z samochodu i idę ścieżką przez ok. 30-40 minut w jedną stronę, potem wracam tą samą trasą lub kołem, jeśli wiem, gdzie iść. Wczoraj zrobiłem tak samo. Znane mi miejsce, niezbyt daleko od sąsiednich wiosek. Odszedłem od samochodu jakieś 20 minut, jestem na skraju lasu. Mróz -10, wspaniałe powietrze i w ogóle miło. Kątem oka widzę jednak ruch. Stado sarenek podskakując przebiegło z lasu znowu w las. Miło. Wpatruję się dalej (a przede mną rozciąga się ośnieżone pole na jakiś kilometr) a za nimi truchcikiem biegnie wilk. Oczywiście zrobiło mi się gorąco i wykonałem natychmiastowy odwrót statecznym acz szybkim krokiem. Oglądałem się jednak kilka razy czy aby za mną nic nie biegnie. Wtedy też przypomniał mi się film opisany na początku 🙂 Więc nie warto teraz chodzić po lesie, gdy zwierzęta głodne.

Bóg wygrywa z głosicielem

Dostałem od rodziców dwie książki-wywiady z x. Pawlukiewiczem. Im się podobało to, że mówił o sobie tak… normalnie. Inaczej, niż by wypadało. Jak to się odwoływał do tego, że nigdy nie wyniósł z domu typowej, tradycyjnej pobożności i że dopiero potem to odkrywał i doceniał. Ogólnie, że nie pozwala siebie “ubrązowić” i “upomniczyć”, tylko stara się sam demaskować siebie – a przy okazji i ogólnie duchowieństwo. Że po prostu taki normalny

Bóg wygrywa, rodzi się lepsze

Ja sam do tej pory wiedziałem tylko tyle, że taki ktoś był, że zmarł. Oprócz tego, że to popularny kaznodzieja, że wiele osób go polecało, że miał różne fajne teksty, cytaty. Tyle. Książka niewielka, lekka, 200 stron i trochę tekstem rozstrzelonym, można bez napięcia przeczytać jako “przekąskę”. Zacząłem poznawać postać x. Pawlukiewicza od końca, czyli od jego ostatniego wywiadu przed śmiercią. I to widać. Z jego słów przebija taka radosna rezygnacja. Trochę gorzkości też ale w granicach ortodoksji.

Stara się on ciągle jakby umniejszać swoje osiągnięcia, wciąż odrzucając autorkę, próbującą coś więcej wyciągnąć. Robi to jednak naturalnie, nie w ramach fałszywej pokory, tylko tak zwyczajnie. W paru momentach się czymś z przeszłości zachwyca, a potem jakby machał na to wszystko ręką. Było-minęło. Wyobrażam sobie świętego Tomasza palącego pod koniec życia swe dzieła, już ich nie kochającego.

Jedno miejsce sobie zaznaczyłem. Mówi tam o postępującej chorobie, że pewnie niedługo straci zdolność mówienia, posypie się i umysł i język. Mówi, że niedługo ludzie powiedzą, że on już się skończył, że przegrał. “Ale każdy głosiciel Ewangelii musi przegrać. Żeby Chrystus mógł wygrać”. Właściwie ta nauka mi zostanie z tej książki. Bóg wygrywa nie tyle (nie tylko?) przy pomocy mnie, używając mnie. Bóg wygrywa ze mną. Albo inaczej, ja wygrywam, gdy On wygrywa ze mną we mnie -> czyli, gdy ja przegrywam. Moc w słabości się doskonali i tak dalej… Mądre słowa. Każą inaczej myśleć o kategorii swoich porażek. Bóg wygrywa.

Teatr

Teatry są znów otwarte. Uświadomiłem sobie. Myślę, że trzeba skorzystać, dopóki są, bo życie jest dynamiczne a powers that be mogą uczynić je jeszcze dynamiczniejszym. Niezbyt długie wyszukiwanie pokazało mi cztery godne uwagi opcje w kilku miastach. Trzeba jeszcze zdecydować czy chcę czegoś trudniejszego (opera) czy przystępniejszego (musical). A może coś pomiędzy (spektakl, dramat).

Nigdy nie byłem wielkiem fanem teatru i nawet nie próbuję udawać, że się na tym znam. Nie potrafię zachwycać się wspaniałą grą, wczuciem się aktorów, gracją ruchów itp. Jest to dla mnie nawet niezauważalne. Potrafię jednak wczuć się w tę atmosferę świętowania, gdy bierze się udział w czymś, co nie jest codzienne. Inne ubranie, inne słowa, inne zachowanie. Nie udawanie, tylko używanie “tej lepszej” wersji samego siebie. Podoba mi się, że takie teatry i inne okazje wyciągają to coś piękniejszego z ludzi. Takie obcowanie z quasi-sacrum.

Podobne działanie ma/miało/powinno mieć świętowanie chrześcijańskie, chociażby niedziela. Msza Święta. Ubrania niedzielne, nie codzienne. Obiad niedzielny, nie codzienny. A czy to wyciąga ze mnie “coś piękniejszego”, jak sam napisałem wyżej? Nieraz trudniej mi wyczuć sacrum tam, gdzie ono ma formę religijną, podczas gdy zauważam je w wersji cywilnej…

A ja nie wiem

Przypominam sobie słowa pana Abelarda Giza (Gizy?). W jednym z występów/programów mówił coś w stylu “wielu ludzi kłóci się o to, o tamto i mówią, że jest tak. Albo tak. Albo inaczej. Że znają prawdę. A ja nie wiem. Może tak jest. Nie wiem”.

Cytuję tu oczywiście z pamięci i na pewno cytuję byle jak ale z przesłaniem się zgadzam: ja nie wiem. Nieraz nie mam zamiaru udawać, że wiem więcej niż wiem. Wiem dużo, domyślam się jeszcze więcej ale w wielu wypadkach byłoby uzurpacją mówienie, że WIEM. A dzisiaj tak często słyszy się owo WIEM, “jestem pewny” i “na pewno tak jest”. Wiem jakie były motywy człowieka, wiem co sobie myślał, wiem co to wydarzenie znaczy, wiem jak należy to rozumieć, wiem jaką pozycję zająć – po prostu jedno wielkie WIEM… Z każdej strony dowolnego sporu, bez różnicy proweniencji. Oj, a księża są w tym szczególnie dobrzy, bo nieraz nasze WIEM jest poparte pobożnie kłamliwym uczuciem, że skoro jesteśmy po stronie Boga i dobra, to nie możemy się pomylić. Tak właściwie, to chyba tylko Bóg mógłby zawsze powiedzieć WIEM i przy tym nie skłamać.

A ja nie wiem. Staram się poznać ile mogę ale wciąż nie wiem.

Myślę, że to nie jest indyferencja moralna, to przyznanie swojej niezdolności. Problem nieraz wynika stąd, że ludzie “na pewno” wiedzą. Ja nie wiem “na pewno”. W niektóre rzeczy wierzę. W inne rzeczy mocno wierzę. I niektóre też wiem. Ale niezbyt dużo z nich wiem “na pewno”. Czy muszę?

Boję się i myślę, że trzeba się bać ludzi jednej książki, nawet jeżeli jest to Biblia. Tak samo, ludzi jednej prawdy i jednej myśli. Tak samo ludzi, którzy WIEDZĄ i wiedzą, że wiedzą. Czy to ma sens?

Sen #2

Dla odmiany, dzisiaj był z tych straszno-smutnych (lub smutno-strasznych).

Wraz z grupą ludzi potrzebowałem przedostać się z miasteczka 1 do miasteczka 2 (nie pamiętam nazw), nie piechotę. Pomiędzy nimi nie było jednak drogi, tylko jakieś bagna, rozkopane góry i ogólnie zły teren. Szliśmy w parę osób (nie rozpoznaję nikogo) podziemnym tunelem podobnym do tych znanych z filmów scenerii kopalni itp. Drewniane przypory, żółtawe światło, biegnące kable itp. Dosyć długo trwała podróż, aż doszliśmy do miejsca, gdzie trzeba było zejść schodami z podestu niżej, potem przez mały zbiornik pełen brudne wody i dalej znów tunelem. Im bliżej tego zbiornika, tym więcej było znaków, że ktoś tu mieszka – i to ktoś niedobry. Porozrzucane szmaty, napisy na ścianach, ostre narzędzia tu i ówdzie.

Te ostre narzędzie weszły też do gry, gdy nagle z tyłu wyskoczył ktoś/coś (nie patrzyłem) i dźgnął jednego z nas. Pamiętam tylko, że była to zardzewiała, brudna włócznia owinięta sznurem. Potem, oczywiście, uciekanie przed siebie. W docelowym mieście nikt nie chciał uwierzyć w te historie i nie pamiętam co w tym mieście robiliśmy. W końcu jednak przyszedł czas wracać i okazało się, że czeka mnie (wychodząc z miasta byłem już sam) powrót tą samą drogą. Niechętnie wyszedłem z miasteczka, zbliżałem się do zejścia do podziemi ale pomyślałem, że poszukam innej drogi. Zobaczyłem z daleka miasteczko, do którego wracałem – małe, blaszane domki stojące na piaszczystym podłożu. Trochę Dziki Zachód, trochę postapo. A jeszcze dalej, nad nimi górujący budynek starego, pół-drewnianego, pół-ceglanego kościoła (jeden z tych walących się, poniemieckich). Zastanawiałem się czy aby na pewno nie da się przejść i nawet wyjąłem mapę, żeby sprawdzić. Mapa była bardzo ozdobnie narysowana, z zawijasami, podpisami itp. Z nazw pamiętam, że jedno miasto nazywało się, mniej-więcej, Solopoloroso (czy Sopolorosa, jakoś tak), a nieco dalej był las z własną nazwą i dalej bagna, ze swoją. Jak mapa z Władcy Pierścieni. Słowa powszednie w nazwach były po angielsku, choć nie pamiętam jakie. A co najlepsze, pomiędzy mną a celem szeroka droga będąca w budowie, ze zjazdami, rozwidleniami itp. – to ona właśnie sprawiała, że nie mogę przejść. Ostatnia rzecz, jaką pamiętam, to myśl “Przez drogę nie mogę przejść” i spojrzenie w stronę lasu (czyli ani na przełaj, ani pod ziemią, tylko w prawo). Możliwe, że zrobiłem krok zanim się obudziłem.

screen z Call of Cthulhu

Nad całym tym snem dominowało poczucie, że nikt nie wierzy w to co opowiadamy, co nas spotkało. Coś dziwnego działo się z naszymi ciałami, jakbyśmy będąc pod ziemią, musieli uciec szybko, żeby nie stopić się w jedno z tamtejszymi mieszkańcami. Ponadto, klimat, budowle itp, kojarzą mi się teraz z tym, co pamiętam z dawnej (ok. 2008?) gry Call of cthulhu: dark corners of the earth. Tak jakby wszyscy wokół wiedzieli o co chodzi i co się dzieje i nie chcieli nam powiedzieć. Nie było za to takiego strachu w sensie ścisłym, pomimo, że trzeba było uciekać, że ktoś został zraniony.

Swoją drogą, czy to nie ciekawe, że wszystkie tego typu sny kończą się znienacka, dokładnie gdy dzwoni budzik? Nigdy nie ma puenty. A przynajmniej tak to wygląda.

Create your website with WordPress.com
Get started