Nosiciele kultury

Ostatnio wyżywałem się na temat braku sensu. A dzisiaj chcę popisać pozytywnie o widzeniu sensu, bo sam też potrzebuję sformułować sobie parę odpowiedzi.

Gdzieś pomiędzy Średniowieczem a Rewolucją przemysłową, Anglię nazywano czasem w literaturze “Merry England”, czyli Radosną Anglią. Z jednej strony chodziło tutaj o uwypuklenie sielanki życia małych miasteczek i wioseczek z pasącymi się tu i ówdzie owcami, gdzie wszystko było mocno osadzone w ustalonym porządku społecznym i kultralnym. Wszystko było jasne i proste, tak przynajmniej prześmiewczo opisywano czasem ten zwrot. Ostatnio natknąłem się jednak na inne, ciekawe, choć też trochę naciągane wytłumaczenie (w pokazanej na obrazku książce). Otóż, w XIII wieku pełną parą szła budowa uniwersytetów (Oxford czy Sorbona osiągały wtedy liczby, których nie udało im się przekroczyć już później) i katedr. Szczególnie te ostatnie wymagały dziesiątek specjalistów i artystów – i każde miasto chciało aby jego główną ozdobę opracowali właśni, miejscowi spece, a nie jacyś sprowadzeni z zagranicy wielcy tego świata (których liczba i tak była za mała). Kultura majstersztyku rozeszła się więc szybko wśród ludu i zaczęła przemieniać jego myślenie (powtarzam ideę autora). Dzięki temu miejscowy kowal robiący zawias do stodoły mógł na nim wygrawerować (wyrzeźbić? Nie wiem jak nazwać to, co robi kowal z metalem) dowolne fikuśne postacie, choć wcale nie było to potrzebne. Dlatego rzeźbiarz zdobiący katedrę wyczyniał przy sklepieniu te różne dzikie postacie, gargulce i inne, bo to było jedyne miejsce zostawione jego wolnej woli, nie poddane pobożnemu projektowi. I w czym jest rzecz? Że im się chciało.

Prawda, że bez sensu? Rzecz w tym, że gość nie musiał tego robić, a zrobił.

Anglia dlatego miała być wesoła, ponieważ, jak twierdzi autor, skądinąd przekonująco, nawet zwykły kowal, murarz czy dowolny inny człowiek, mógł idąc spać marzyć o dokończeniu swojego dzieła. Odrywał się od pracy pod koniec dnia, niezadowolony, że nie uda mu się wykonać dzieła i że jego ciało zmusza go do zostawienia tego duchowego (w gruncie rzeczy) wysiłku. Wstawał rano nie z przekleństwem na ustach, tylko z myślą o tym, co jeszcze ulepszy i poprawi, jak dopełni dzieła. W przeciwieństwie do takiej postawy miałyby stać nasze czasy, gdzie człowiek robi coś po to, by przetrwać kolejny rok, po to, by móc pracować kolejny rok. Nie ma o czym marzyć kładąc się spać i nie ma do czego biec z rana.

Zdaję sobie sprawę, że ta wizja jest zbyt romantyczna bo pomija całe tło ludzi, którzy byli skazani na wcale-nie-artystyczną i wcale-nie-duchową pracę, zabijających się o kawałek chleba. Z tym że, wygląda na to, że wtedy było ich proporcjonalnie mniej niż teraz. Nawet ludzie o obiektywnie ciężkim życiu odnajdowali duchowe oparcie w poczuciu, że biorą udział w jakimś ważnym systemie (reżimie społecznym, warstwowym, feudalnym, ufundowanym ostatecznie na Bogu jako Królu królów). No więc, teraz to wszystko jest rozwalone. Systemu do oparcia się nie widać gołym okiem, a wypracować go i odkryć osobiście jest trudno. Wtedy ton dyskursu i kultury nadawali marzyciele, a teraz? Dyktatura beznadziejności, z której ciężko się wyrwać. Bo chyba nie powiedzielibyśmy dzisiaj o naszej epoce “Radosna Polska” czy “Radosna Europa”? Z dzisiejszym klimatem bardziej kojarzy mi się klimat Kafki, czy to z “Procesu”, czy “Zamku”. Coś robimy i coś się dzieje ale dokąd to zmierza i kto tym kieruje – nie wie nikt a wiedzieć też nie chce zbyt wielu. Bardzo dobrze taki klimat dzisiejszości oddaje moim zdaniem Armia:

Kilka cytatów, bo piosenka długa i może się nudzić – chociaż sam tekst się powtarza.

Ty głupcze, twój proces idzie źle

Otul się w koc, włącz sobie coś

Zainteresuj się czymś (…)

W moim domu nie mieszka już nikt

Jest tylko poszarpane zakrwawione dziś

Armia, Przed prawem

Ciężko się wyrwać z beznadziejności, która chce zatopić sensowność ale się da. Nazywamy to kulturą. Nie chodzi mi tu o “kulturę” w postaci teatrów, książek i znanych nazwisk, tylko o to najszersze rozumienie. Kultura czyli to co my, jako ludzie robimy z czymś niekulturowym (jak śpiewał wspaniały Leningrad w jednej ze swoich niezmiennie wulgarnych i troszkę mądrych piosenek: “Мы бл*дь носители культуры”). Mamy jedzenie, podstawową potrzebę zwierzęcia. Daje energię, konieczne do życia, zwykła fizjologia. Ale zebrać się rodziną wokół stołu albo pójść do restauracji albo nawet pościć – to już nie jedzenie, to kultura wokół. Tak samo można by spojrzeć na zwierzęce rozmnażanie i kulturowe romanse, na potrzebę ukrycia się od deszczu i malowanie ścian w kwiatki. Coś, co wcale nie jest konieczne, a jednak to robimy. Dodajemy nowy sens, zgodnie z zamkniętym w nas potencjałem pochodzącym – a jakżeby inaczej – od Stwórcy. Nosiciele kultury.

Co zrobić, żeby swoje zwykłe i codzienne sprawy uczynić czymś więcej, to już chyba musi pomyśleć każdy sam. Co zrobić, żeby marzyć o powrocie do swojego życia i zrobić z niego kulturę? Dodam tylko, że chyba mają tu swoje miejsce takie rzeczy jak modlitwa i wiara. Bo patrzeć na swoje “kowalstwo” jako na coś duchowego, przeżywanego z Bogiem – to już wyższy poziom jazdy, dzisiaj tak ciężki dla nas do osiągnięcia. A to chyba nazywa się właśnie uświęcaniem czasu, życia i tak dalej. Inaczej też, kochaniem swojego życia.

Piekło w łazience

Nie znoszę łazienek w miejscach publicznych. Tak z zasady, nawet jeśli są czyste, pachnące i zadbane. Życie ma jednak swoje wymagania i trzeba się dostosować – bywam więc w takich miejscach częściej niż bym chciał. Dzisiaj jedna taka łazienka nauczyła mnie czegoś ważnego.

Słyszałem wielu księży czy profesorów próbujących w ramach wykładu albo kazania wytłumaczyć czym jest legendarny kairos (wiki). Słyszałem więc definicje, że jest to moment kiedy Bóg wchodzi w zwykły czas (chronos) i działa. Czas zbawczego działania Boga, który możemy zauważyć i wykorzystać albo nie. I niby zawsze wiedziałem co to jest, czułem to rozróżnienie – a dzisiaj je zrozumiałem bardzo prostacko i odczuwalnie. A stało się to w ten sposób, że wszedłem do mojego kubiku łazienkowego odpisując na jakąś wiadomość. Zajęło mi to chwilę i zanim zdążyłem choćby się odwrócić, zgasło mi światło. Wyłącznik czasowy, normalnie, tyle że wyłączył się szybciej niż zwyczajnie i że nie reagował później na moje gesty. I tyle, i już. W tym momencie pomyślałem sobie: “Czas się skończy i nie możesz nic zrobić. Kairos“. Trochę przykro, że przyszło mi to do głowy w takim otoczeniu i momencie – ale ważne, że przyszło.

Dostajesz trochę światła i łaski dla wykonania określonego celu. Jeśli czas i łaskę zmarnujesz, tyle, robi się ciemno, radź sobie wtedy jak potrafisz. Nie myślę tutaj nawet o eschatologii, końcu życia, sądzie ostatecznym i tak dalej. Myślę o pobycie tu na ziemi i wartościowym przeżywaniu życia lub jego marnowaniu. Przyjdzie taki moment, że jesteśmy w najlepszej pozycji i momencie, by coś zrobić. Później też możemy próbować ale ani pozycja, ani moment nie będą już tak sprzyjać. I ta prawda dotyczy tak samo poważnych zadań jak i tych zwykłych i codziennych. Jeśli siedzę do drugiej w nocy to marnuję tym samym szansę, by wstać rano i pójść pobożnie na poranną Mszę Św. Jeśli spędzę ileś tam dni unikając nauki, to się nie nauczę. Jest takie pobożne powiedzenie, że jeśli czujesz, że powinieneś się pomodlić, to się pomódl. W tym właśnie momencie, w którym poczucie się pojawia – bo może właśnie to jest TEN moment? Ogólnie, to wszystko sprowadza się do bycia świadomym tego co się robi, liczenia swoich dni i cenienia ich:

Naucz nas liczyć dni nasze,

abyśmy osiągnęli mądrość serca

Psalm 90, 12

Mądrość serca (nie równa wcale mądrości-wiedzy-inteligencji umysłowej!) płynąca ze zdolność baczenia na swój czas. Liczenia swojego czasu, a może raczej roz-liczania czasu. Ja miałem z tym zawszem problem; potrafię pracować i się zaprzeć gdy widzę cel ale jestem też prokrastynatorem jakich mało, a strata czasu czy jego nie szanowanie to jeden z moich najbardziej wytrwałych grzechów. Tej mądrości serca jeszcze nie mam, walczę z czasem.

Myślę sobie też, że istnienie czasu ziemskiego to jeden z największych darów od Boga. Wieczności jako bez-czasowości bym się bał, gdybym nie był pewny jej sensowności, tego, że nie będzie właśnie – zmarnowaną wiecznością. I tak też zresztą rozumiem piekło na swój prywatny użytek: wiecznotrwała ale zmarnowana, bezsensowna. To jak w tym skeczu, który moim zdaniem powinien być puszczany na katechezie w liceach (przynajmniej dla tych myślących uczniów).

Aż pozwolę sobie zacytować:

I nic tu nie ma: nie ma miłości, nie ma muzyki, nie ma smutku, ani żalu. Tu się, kurwa, nawet pogoda nie zmienia. Nigdy wam się już nie będzie chciało ani jeść ani pić, nic wam się już nie będzie chciało.

Istnienie trwające bez sensu jako śmierć gorsza od zniknięcia. Przedsmakiem takiej śmierci wiecznej jest chyba pogrążenie się w grzechu, podczas gdy życie trwa dalej. Nazywamy to w katechizmie zerwaniem lub osłabieniem łączności z Bogiem (zależnie od ciężkości i upartego trwania w grzechu) ale skutkiem jest też odklejanie się od sensu życia. Nasuwa mi się w tej chwili temat ekskomunik opisanych w listach św. Pawła. Człowiek żyjący trwale w grzechu (quasi-kazirodczy konkubinat z 1 Kor 5, 1) nie tylko popełnia zło moralne ale niszczy wiarę innych swoim własnym złem. W pewnym sensie walczy z wiarą. To nie tajemnica, że najlepszym sprzymierzeńcem upadku wiary w sensie społecznym jest rozpowszechnienie i znormalizowanie grzeszności, czyli życia bez sensu lub wbrew sensowi. Dlatego też myślę, że przyszłe chrześcijaństwo w krajach zamożnych nie może być zbyt liczne, niezależnie od dobrych chęci i wysiłków – bo owa grzeszność reklamowana, narzucana czy celebrowana (czy to przez ogólny klimat medialny, czy np. przez życie konkretnego znanego nam człowieka), uczyni wielu ludzi niezdolnymi do życia wiarą i skłonnymi raczej wybierać jednodniową bezsensowność pod pozorem przyjemności. To nawet nie będzie świadomy wybór owych ludzi – po prostu tak będa ukształtowani, jak ten chłopak w wideo powyżej, który żali się, że “mama przecież zawsze mówiła, że Boga nie ma”. Albo jak bohater kolejnej powieści Jeremy’ego Robinsona, który jest uwięziony w arcyprzyjemnej i dopasowanej do jego potrzeb symulacji wirtualnej. Chociaż jest mu w niej dobrze, kiedy tylko na skutek błędu przypomina sobie, że to symulacja, chce uciec do realnego poziomu. Oczywiście nie jest mu to dane i trafia tylko do kolejnej symulacji, która ma zapewnić już ostateczne zapomnienie.

Po raz kolejny stwierdzam, że chrześcijaństwo przygotowuje nas właśnie do nabrania sensu,do odnalezienia go. Przetłumaczył go definitywnie na nasz język czynów i słów Pan Jezus pokazując sensowną miłość, która przekracza bezsensowną śmierć. Ubrał to w historyczność postaci i wydarzeń, a Kościół tę misję usensowniania świata kontynuował, czasem lepiej, czasem gorzej.

Roger Bacon i piosenki, przy których można płakać.

Bekon widoczny na zdjęciu to tylko clickbait, sorry, nie wiedziałem co wstawić. Post pisany nieodpowiedzialnie o późnej godzinie, bo po północy. Może być przez to bardziej niż zwykle chaotyczny. Będzie też zawierać muzykę, gdyż odpowiedzi i komentarze ankietowanych wskazały, że nikomu ona nie przeszkadza na tym blogu 🙂

Zawsze w swoim dorosłym życiu żałowałem, że nie jestem dobry w tak zwanych naukach ścisłych, typu matematyki czy fizyki. Podejrzewam, że odpowiadałaby mi ich schludność i logika. To wcale nie oznacza jednak, że mam chęć nadrabiać zaległości sprzed wielu lat, gdy nie chciało mi się zgłębiać prostej algebry czy równań (tak, miałem z tym problem jeszcze na poziomie gimnazjalnym…). Z drugiej strony, namiastkę owej logiczności odnalazłem potem w naukach prawnych, a przynajmniej ich teorii. Teraz zaś, kiedy przyszło mi z bólem usiąść znów do jednego czy drugiego podręcznika napisanego dość ścisłym i dość suchym językiem prawniczym, przypomniałem sobie ową rozkosz. Coś przyjemnego uruchamia się w moim umyśle, gdy widzę jak jedno zdanie wynika z innego, jak logika wywodu błyszczy w kolejnych przykładach. Jest to coś, czego brakowało mi nieraz w dyskursie typowo kościelnym, czy, powiedzmy ponad wymiar, “teologicznym” – a tym bardziej w zwyczajnych ploteczkach. Inny wymiar rozrywki, chyba.

W ramach moich prywatnych “badań” (zbyt duże słowo – raczej takie moje poboczne i nic nie znaczące hobby), natknąłem się ostatnio na streszczenie myśli Roberta Bacona, który w XIII wieku był mózgiem przerastającym swoje czasy o wieki i przez to niezrozumianym. Nie będę teraz omawiał jego osiągnięć itp (wikipedia zaprasza), ważne jednak w tym wszystkim jest to, że był właśnie empirystą (wówczas zwano to czasem “filozofią eksperymentalną”) ale rzuciło mi się w oczy jego wytłuszczenie czterech głównych powodów niemożności/przeszkód dotarcia do prawdy przez człowieka, choćby i uczonego:
– poddanie się autorytetowi pozostającemu w błędzie (słabemu i niegodnemu)
– długotrwały zwyczaj
– opinia ignoranckich mas (przesąd)
– ukrywanie własnej ignorancji za pozorem wiedzy

Uff… brzmi jak wykaz zarzutów wobec kogoś innego, prawda? A jednak, stwierdzam, że nieraz w którymś z tych punktów mogę odnaleźć samego siebie. Mogę też odnaleźć w którymś z nich wiele popularnych opinii. Zachęcam, by w tym świetle spojrzeć na objawienia dowolnego tzw. “autorytetu”, medialnego i nie tylko.

Dla Bacona poznanie powodów niewiedzy i zerwanie z nimi było pierwszym punktem prawdziwego oświecenia. Człowiek, który by się ich wyzbył, miał być otwarty na wiedzę, czy to przyrodniczą czy nadprzyrodzoną (kolejne stopnie to np. nauka filozofii, języków, matematyki, optyki, nauk doświadczalnych i, na samym końcu, dopiero etyki i moralności). Stwierdził to człowiek, kapłan katolicki, żyjący prawie tysiąc lat temu, którego osiągnięć naukowych nikt z nas nie przebije w swoim życiu. Jak daleko od wtedy zaszliśmy jako ludzkość? Śmiem twierdzić, że niedaleko. Być może posunęliśmy wiedzę odnośnie pewnych kwestii (wiadomo, fizyka, biologia, chemia i tak dalej) – ale chyba nie wznieśliśmy się na wyższy poziom ogólnie? Wciąż będąc tak samo nie-oświeconymi i nie-zbawionymi jak wtedy. Ba, chyba nawet bardziej nie-oświeconymi i nie-zbawionymi niż wtedy.

Jakkolwiek bym chciał być człowiekiem arcylogicznym, nie potrafię, może jestem na to za głupi, w sensie formalnym. Tak czy inaczej, poza poczuciem logiczności wywodu jest jeszcze inne bardzo dobre poczucie: nazwałbym to poznaniem intuicyjnym. Oczywiście, ktoś mi tu może wskazać zaraz, że to nienaukowe i obskuranckie i w ogóle. Możliwe – ale ostatecznie, jak wspomniałem, piszę to po północy, a nawet po pierwszej w nocy. Dlatego odniosę się do tego, co dla mnie, prostego człowieka wnosi ową intuicyjność. Z jednej strony są to zapachy (uruchamianie mózgu gadziego i układu limbicznego, kiedyś o tym pisałem), a z drugiej – muzyka. Zapachu nie da się pokazać przez komputer, więc zostają dźwięki. Piosenki, przy których można płakać. Nie dlatego, że są tak piękne czy mają tak mądry tekst, tylko dlatego, że (moim skromnym zdaniem) dają chwilowy wgląd w zupełnie inny stan, jak URL odsyłający do innej strony. Oczywiście, że działają na mnie proste piosenki; nie słucham Dvoraka czy Shostakovicha (próbowałem!). Spokojnie, nie podam wszystkich, zostawię coś, co przywołam przy kolejnych postach.

Taką mainstreamową piosenką – i to tak, że aż mi wstyd – jest na przykład Boulevard of broken dreams, którą pokochałem, od kiedy usłyszałem ją w serialu The office

Jeszcze bardziej smętnie-sentymentalnie? Kaine problem, Alles passiert

Czy wreszcie, na koniec Carnival of rust

Bardzo lubię to poetyckie podejście owej grupy (zresztą, jak sama jej nazwa wskazuje, a teledysk pokazuje). Oczywiście, że śpiewają o miłości romantycznej ale co mnie to obchodzi i kto mi zabroni myśleć tak w modlitwie do Boga:

cause without your love my life

ain’t nothing but this carnival of rust

(…)

Don’t walk away

when the world is burning

when the heart is yearning

Odprawiałem dzisiaj (w niedzielę) Mszę w domu opieki dla starszych osób i w trakcie, kiedy widziałem, że połowa śpi, a jedna czwarta nie dosłyszy, myślałem sobie, że niestety wszelka mądrość czasem (oraz: z czasem) ustępuje. A Jezus wciąż: Effeta, Otwórz się… Tak intuicyjnie.

Enpece

Wracamy we wrześniu po odebraniu Waszych wskazówek. Wybaczcie, będzie dziś ciężko i chyba długo, bo chcę z siebie parę rzeczy powyrzucać. Witajcie w mojej pralni.

Każdy, kto grał kiedykolwiek w gry komputerowe lub fabularne, powinien wiedzieć co to takiego NPC. Dla tych nieszczęśliwców, którzy nie doświadczyli żadnego Icewind Dale, Shadowrun, czy choćby This war of mine, wyjaśnię. NPC oznacza non-player-character, czyli po polsku bohater niezależny. Jest to postać spotykana po drodze, która nie jest kontrolowana przez żadnego gracza. W grach fabularnych na żywo jej działaniami i słowami kieruje tzw. Game Master, w grach komputerowych, sam program. NPC-e tworzą świat, są naszym łącznikiem z nim, informują nas o wielu rzeczach, posyłają z misjami, czasem opowiadają swoją historię, czasem są wrogiem. I chociaż NPC mogą być nieraz napisane dobrze, zawsze trzymają się jakiegoś skryptu. Powiesz A, uruchomisz reakcję, usłyszysz B. Powiesz C, usłyszysz D, i tak dalej. Brakuje im nieprzewidywalności cechującej prawdziwych ludzi – bo “prawdziwymi ludźmi” w grze są tylko gracze.

Obawiam się, że czasem, w pewnym sensie, wchodzimy w rolę takich NPC. Powiem jaśniej: każdy z nas na pewno chciałby być pełnoprawnym graczem sterującym fabułą ale w praktyce, nieraz posługujemy się skryptem. Oczywiście, nie mówię tu o zwykłym, codziennym przesmykiwaniu się poprzez dni. To normalne, że jeśli każdego dnia muszę być w pracy czy na uniwersytecie, po kilku próbach wypracuję sobie schemat dojazdu, który będę powielał – bo to po prostu ekonomiczne i rozsądne. Mam na myśli raczej bardziej niebezpieczne powielanie ścieżek wewnątrz siebie, przypisanie sobie samemu skryptu, którego później się trzymamy, bo to wygodne. Jest to dla mnie szczególnie okrutnie jasne, gdy czytam wiadomości z Polski i zanim skończę, mogę przewidzieć w 90% jakie będą reakcje poszczególnych ludzi. Owszem, jest coś takiego jak trzymanie się swoich poglądów… Ale też, chyba jest wartościowe ewaluowanie swojego stanowiska w świetle przeważających faktów. Wierność prawdzie, czy coś takiego.

A teraz do rzeczy: rzecz zaś jest dziś dla mnie dość wewnętrznie bolesna. Kolejna rozmowa z protestantem dostarczyła mi znów dużo emocji, aż mnie łeb rozbolał (to zawsze najlepszy znak, że coś mnie porusza). Używam określenia “protestant” bo nie chcę używać imion. Możemy nazwać go jednak odtąd D. Bardzo szczery i uczciwy człowiek, mówi co go wkurza. Nie pamiętam więc jak dotarliśmy do tego ale koniec końców doszliśmy (znów) do Kościoła katolickiego. Mówi mi D., że babcia zawsze opowiadała mu, żeby trzymał się z dala od katolików, bo to bardzo religijni ale źli ludzie. Oczywiście, biorę poprawkę na typową antypapistowską propagandę… Poza tym jednak, wali z grubej rury: jak to możliwe, że wasi najważniejsi ludzie, hierarchowie i biskupi okazują się albo przestępcami albo przyjaciółmi przestępców. Czy nie powinni być właśnie najbardziej zaawansowani duchowo i moralnie? Nie mówił tego nawet o Polsce, tylko o swoim doświadczeniu z Ameryki Łacińskiej (nie tak dawno przecież w związku z nadużyciami zrezygnował cały episkopat Peru). Ale chyba jest dla nas jasne, że wcale nie lepiej na naszym podwórku… No więc mówię mu to, co zawsze w takich sytuacjach: że się z nim zgadzam i oceniam to tak samo, tak samo mnie to wkurza. Stosuję typowe porównania do rodziny (czy wyrzekasz się rodziny, gdy dowiadujesz się, że wujek jest przestępcą, a ciotka pije czy jednak chcesz pracować tym bardziej, żeby pomóc reszcie rodziny, która nie jest taka?). No i tak ogólnie, mój mózg rozumie te argumenty, przyjmuje je za rozsądne. Tym bardziej, że naprawdę wierzę, że w tej dysfunkcyjnej rodzinie Bóg zostawił swój najbardziej widoczny ślad. Zostaje jednak wciąż ten dysonans poznawczy – na ile jestem w tym wszystkim graczem, a na ile NPC-em powtarzającym to, co skrypt nakazuje? Na ile myślę według tego, co powinienem myśleć? Bo typowo po ludzku budzą się bardzo ludzkie emocje odpłaty i wyrzut wobec Boga. Świetnie opisał je w jednej piosence Sodom (uwaga, bezpardonowy germański, antychrześcijański trash metal w jednej ze swoich bardziej melodyjnych piosenek)

Nie ma dla mnie wątpliwości, że Bóg upodmiatawia człowieka, tak na początek. “Jeśli chcesz…” – mówi Jezus, twoja decyzja. Kościół, a więc każdy z nas, też powinien mieć misję po pierwsze upodmiatawiania. Zamieniania w podmiot, najpierw siebie samego, potem kogoś drugiego. A z drugiej, misję sprzeciwu wobec uprzedmiotawiania (dlatego sprzeciw wobec grzechów przeciw ludzkiej godności np. w kwestii seksualności ma sens). Mamy starać się zostać graczem podejmującym wybory. Jak to zrobić, musi chyba zdecydować każdy wewnątrz swego własnego życia, pełnego specyficznych wyborów.

My, Polacy, mamy w sobie coś podejrzliwego, nieprawda? Może to spuścizna historyczna, gdy było jasne, że na każdym kroku władza i nie tylko władza zechce wykorzystać naród do własnych niecnych celów. Ale ostatnio doceniam tę podejrzliwość, szczególnie gdy słucham naiwnych pięknoduchów widzących proste rozwiązania każdego problemu. Zastosować odpowiednią procedurę, poruszyć odpowiednią instytucję i cyk, czuj się szczęśliwy. I myślę sobie dzisiaj, że ta podejrzliwość, do pewnych granic, pomaga być graczem, a nie NPC-em. Procedurom ani instytucjom nie można za bardzo ufać. Ostatecznie, to też tylko ludzie pełni grzechów (jak omówiony już powyżej Kościół). Przykład nasuwa mi się sam, niestety.

więcej można przeczytać tutaj

W latach 90-tych w Belgii działała siatka porywaczy/morderców/gwałcicieli, można znaleźć opis w Wikipedii pod hasłem Marc Dutroux. Nie wdając się w szczegóły: odkryto co najmniej 11 ofiar śmiertelnych, a na pewno nie jest to pełna liczba. Skazany został sam główny sprawca, jego żona (współudział) i dodatkowa osoba. Cała sprawa pełna jest tylu niedomówień, że przynajmniej mnie pozbawia nadziei na jakąkolwiek ludzką sprawiedliwość. Oto na przykład, podczas przeszukania mieszkania, policja rekwiruje kasety VHS podpisane imionami poszukiwanych ofiar ale nigdy ich nie ogląda. Ślusarz wezwany do oględzin domu nie znajduje wejścia do piwnicy, gdzie podczas przeszukania znajdowały się dwie żywe ofiary. Podczas procesu, gdy sami oskarżeni są w areszcie, znikają bez śladu kolejni świadkowie. Nikt nie zajmuje się dowodami mówiącymi o możliwych powiązanych innych przestępstwach na tle satanistycznym (np. list punktujący zamówienie na konkretne osoby do dostarczenia). Gdy komuś wypsnęło się podczas zeznań, że ma wysoko postawionych znajomych, wraz z którymi bierze udział w handlu ludźmi, zostaje to odrzucone jako zeznanie człowieka niestabilnego. W roku 1996 w Brukseli idzie 300-tysięczny Biały Marsz obywateli oburzonych na oczywiste zaniebania policji. Wypowiada się król, wyrażając smutek (jakżeby inaczej), paru podrzędnych funkcjonariuszy idzie do paki. I jak się kończy? Otóż, minister sprawiedliwości (Melchior Wathelet), który w 1989 udzielił wcześniejszego zwolnienia głównemu sprawcy, w ramach sprawy zostaje usunięty z krajowej polityki, by w tym samym 1995 roku trafić jako sędzia do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Był tam do 2003, po czym wrócił do rządu belgijskiego (do spraw emigracji), by od 2012 zostać znów adwokatem przy ETS. W roku 2019 wyszła z więzienia żona Marca Dutroux, Michelle Martin (skazana na 30 lat, wcześniejsze zwolnienie). Na rok 2020 było zaplanowane posiedzenie mające ocenić poprawę stanu samego Marca Dutroux, jednak ze względu na protesty i COVID-19, posiedzenie przeniesiono.

Ludzie są słabi, my jesteśmy słabi. Ludzie tworzą to, co teologia moralna nazywa strukturami grzechu. Tylko gracze, nie NPC mogą z nimi walczyć. I na koniec coś spokojnego ale nawet bardziej… prześladującego niż poprzednia piosenka. Strasznie mi to tutaj pasuje.

Pół roku pisania, czyli rozmiar ma znaczenie

Gdybyś będąc tego rozmiaru, jakiego jesteś, był elektronem (nie wchodźmy w detale z rodzajami pierwiastków i wielkością atomów), to najbliższy sąsiedni elektron, byłby jakieś 9 km od ciebie. Co prawda w połowie drogi, czyli jakieś 4 km dalej twoje powłoka elektronowa stykałaby się z jego powłoką elektronową – ale kogo to obchodzi. Gdybyś był galaktyką, miałbyś nieco bliżej do sąsiada – jakieś 7 metrów. Nie pogadalibyście sobie jednak, bo gdybyś był wielkości galaktyki, podróż myśli i impulsu elektrycznego po twoim ciele trwałaby dziesiątki/setki tysięcy lat z powodu limitu prędkości informacji, czyli prędkości światła. Rozmiar ma znaczenie, w sensie ścisłym. Gdybyśmy byli zbyt mali, nie bylibyśmy ludźmi z ludzkimi zdolnościami, tylko czymś nieco mniej zaawansowanym. Gdybyśmy byli zbyt wielcy, możliwość przepływu informacji po naszym ciele byłaby zbyt ograniczona, by ewolucji się opłacało ją tworzyć. Te moje popularnonaukowe ciekawostki nie są wymyślone przeze mnie: powtarzam je za autorką cytowaną w poprzednim poście. Robi ona bardzo ładne porównania i przywołuje masę danych. Jako jednak, że słucham książki jeżdżąc na rowerze, to nie zapamiętuję szczegółów tylko sens ogólny. A sens ogólny brzmi: tylko będąc mniej-więcej tego rozmiaru, możemy być istotami inteligentnymi, sensownymi itp. Lub, stawiając temat inaczej: jeśli gdzieś istnieje inna rasa inteligentna to musi ona mieścić się w podobnych wymiarach. Przy czym, nie oznacza to dokładnie wymiarów człowieka, mowa tu o przedziale pomiędzy średnim ssakiem (powiedzmy, małpy) a na przykład sekwoją. Nie jest jednak zbyt możliwy taki King Kong czy Godzilla. To znaczy, możliwy jest ale już nie tak inteligentny.

To nie fejk…

Minęło ponad pół roku, od kiedy tu piszę. Właściwie, pierwszy post poszedł 02. lutego, więc za chwilę stuknie nawet siedem miesięcy – czyli prawie tyle, co czas trwania ciąży u niedźwiedzi. I jak, to dużo czy nie? Jak z tym rozmiarem? Wydaje mi się, że nie, patrząc na ilość tekstu itp, szału nie ma. Z drugiej strony, gdy sobie pomyślę, jak dużo się zmieniło…

Może garść informacji, załóżmy, że kogoś to zainteresuje. W ciągu miesiąca wrzucam 5-6 postów. Zagląda tu średnio 45 osób miesięcznie – ale strona liczy każde wejście z adresu IP, więc znajomi wchodząc kilkakrotnie mogą podnieść liczbę. Myślę więc, że jakieś 20-25 rzeczywistych osób tu wchodzi, z czego połowa dość regularnie. Wyświetleń z kolei średnio jest 110 miesięcznie, czyli każde wejście generuje dwa-trzy wyświetlenia (strona główna+najnowszy post, z tego co widzę). Po co o tym mówię? Nie wiem. Nie chwalę się, chyba. Informuję. Daje mi to jednak jakąś radość, wiedzieć, że kilkanaście osób czyta, jakieś poczucie łączności.

Na początku wyobrażałem sobie, że zrobię tu miejsce zamknięte, nikomu nie dam dostępu i będę po prostu pisał notatki, jak w zeszycie. Ale to się mija z celem internetu, nieprawdaż? A kiedy po pierwszej próbie dostałem dość pozytywny odzew od znajomych, któym się pochwaliłem, stwierdziłem, że spróbuję pójść w innym kierunku, czyli nie pisać tylko dla siebie. Włączyła mi się autocenzura, blokowanie pewnych sformułowań czy tematów ale też, włączył mi się tryb szukania czegoś lepszego do opowiedzenia niż własne narzekanie. Mi osobiście ten blog pozwala patrzeć na świat nieco inaczej, jakbym ciągle próbował wyciągnąć z otoczenia jakąś historię, by potem tobie ją opowiedzieć. I podoba mi się takie patrzenie na świat, zauważam więcej niż przedtem, doceniam pewne rzeczy. Z drugiej strony, mam też to poczucie, że “powinienem” coś już napisać, bo minęło parę dni. Daje mi to jakąś strukturę w życiu, a ja lubię życie w strukturach. Daje mi też czasem zmęczenie i frustrację ale tak jest przecież przy każdym tworzeniu czegoś, nawet tak małego.

Dlatego też, tym razem, chcę o coś poprosić, czyli o feedback. Ze trzy osoby mi mówiły, że na przykład nieraz urywam myśli bezsensownie, że zaczynam tematy i nie kończę, że za krótko piszę by temat rozwinąć. Zgadzam się z tym wszystkim ale nie wiem czy to zmienię – piszę dokładnie tyle ile czuję i chcę, więcej odczuwałbym jako pracę czy pisanie artykułu, byłoby to mniej naturalne. No i, moim zdaniem, nudniejsze.

tak by było, gdybym pisał sam sobie 🙂

Treściowo, uzyskałem mało uwag. Czasem, że jest OK czy coś podobnego. Dlatego ten jeden raz, po półroczu działania, dam ci szansę wpłynąć na kształt tego czegoś. Czego za dużo robię, czego za mało? Czy przypadkiem nie jest tak, że non stop gadam to samo i się powtarzam? Czasem mam takie wrażenie. Czy ma sens wklejanie mediów? Lubię wyszukiwać i wstawiać obrazki ilustrujące tekst, wydaje mi się, że to dobre. Lubię dopasować muzykę, jeśli mi się skojarzy akurat – ale jestem przekonany na 98%, że nikt nie klika w muzykę, którą tu czasem proponuję. Warto? Za wszelkie uwagi, czy w komentarzu, czy osobiście do mnie, jak to niektórzy robili, dziękuję.

Nie wiem jeszcze jak dużo obowiązków będę mieć od września ale pewnie trochę inaczej to będzie niż dotąd. Planuję jednak podtrzymać pisanie w tym miejscu bo je zdążyłem polubić. I jestem na takim etapie, że polubiłem też świadomość bycia czytanym. Tak więc, ciągniemy do kolejnego półrocza 🙂

Ozzy i rakietowe herezje

Oj, dzisiaj może być ciężkawo i nudnawo, znów się naczytałem…

Czasem można gdzieś spotkać celebrytę mówiącego w wywiadzie, czy piszącego, że jest heretykiem, takim duchowym bad-boyem (lub bad-girl). Niestety, każdy student teologii, że stworzyć herezję jest dość trudno i robią to zazwyczaj ludzie inteligentni – celebrytom więc nie grozi. Ostatnio zapoznałem się jednak z kilkoma postaciami, które możnaby tak nazwać, przyjmując szerokie rozumienie herezji.

Najpierw więc pan Jack Parsons. Był on w Ameryce pionierem budowy silników rakietowych, wraz z kolegami zapoczątkował tę dziedzinę, kiedy było to porównywane z magią. Prowadził domowe eksperymenty od kiedy był dzieckiem i także w życiu dorosłym poświęcał prawie cały czas i zarobki na eksperymentowanie z paliwami i wybuchy. Zginął zresztą też w domowym wybuchu mając 38 lat – do dziś oficjalna wersja śmierci budzi wąptliwości. Dzięki jego niekłamanemu, maniakalnemu poświęceniu, jego wiedzy i eksperymentom powstało JPL (Jet Propulsion Lab) przy Caltech (California Institute of Technology), które do dzisiaj jest technicznym zapleczem NASA i głównym graczem w wyścigu kosmicznym.

To od strony naukowo-rakietowej. Teraz kilka faktów z innej strony. Po pierwsze, Parsons wychował się na książkach science fiction, które w latach ’20-’30 wchodziły na rynek masowy. Czytał je namiętnie od zawsze, czasem testując wprost projekty opisane przez pisarzy (bez skutku). Co ciekawe, w tym zainteresowaniu towarzyszyło mu wiele innych znanych w półświatku osób, jak np. Ray Bradbury, Aldous Huxley czy Wernher von Braun, z którymi korespondował i się spotykał aby dyskutować o podróżach statkami kosmicznymi (przypominam, lata ’20-’30). Ciekawostka: Wernher von Braun (nazista, współkonstruktor V2, od 1958 dyrektor Centrum Lotów Kosmicznych NASA i twórca rakiety Saturn V, która wyniosła Amerykanów na Księżyc) był aż tak wciągnięty w amerykańskie SF, że podczas wojny wojsko dostarczało mu czasopisma przerzucane przez neutralną Szwajcarię.

Obraz Jacka Parsonsa namalowany przez jego towarzyszkę (ciężko powiedzieć kim dokładnie była)

Po drugie, ważniejsze – i tu pojawia się temat herezji – Parsons był wielkim okultystą. Opowiadał kolegom, że w wieku 13 lat przyzwał z sukesem demona ale to doświadczenie go wystraszyło na lata. Za życia pochłaniał dzieła Aleistera Crowleya (tego, o którym śpiewał Ozzy Osbourne i niezliczone inne zespoły) i uczęszczał na imprezy w ramach sekty OTO (Ordo Templum Orientis, istnieje nawet w Polsce od 2008 r.), które możemy określić tylko jako “satanistyczne”. Im sławniejszy i bardziej ceniony się stawał, tym bardziej wchodził w okultyzm. Do tego stopnia, że rozwiódłszy się z pierwszą żoną, ożenił się z kobietą, która jego zdaniem była przywołaną przez niego na ziemię babilońską boginią. Do tego stopnia, że oględziny jego pokoju po fatalnym wybuchu, pokazały na ścianie potężny rysunek czarnego kozła-diabła. Do tego stopnia, że jego kochanka/duchowa towarzyszka widziała w nim Anioła Śmierci przybliżającego koniec świata przez rakiety. A jeśli do tych jego osobistych historii dorzucimy jeszcze, że podobne zainteresowania Crowleyem i tymi tematami miała cała grupa pionierów rakietowych (nie bez powodu pojawia się koło nich L. Ron Hubbard, założyciel scjentyzmu) – to moim zdaniem można go nazwać heretykiem. Należy jednak oddać honor, że jakkolwiek w sercu był okultystą, to odpadł od zorganizowanych sekt w 1949 (chyba), gdy inni członkowie zdefraudowali jego pieniądze na własne uciechy.

Tutaj Ozzy śpiewa o mr. Crowley’u, klasyk
biografia Jacka Parsonsa

Czasem się zastanawiam: skoro tego typu ludzie są ewidentnie otwarci na siły ponadnaturalne, nie są uprzedzeni do nich jak nastoletni ateiści z mediów społecznościowych – to dlaczego te poszukiwania tak rzadko prowadzą ich do wiary, powiedzmy ortodoksyjnej, a częściej do innych opcji. Parsons mówił sam, że nauka i magia to dla niego dwie strony tego samego dążenia – poznawania i opanowania rzeczywistości. Uznawał magię (w wydaniu crowley’owskim, orgiastyczno-lucyferiańskim) za system spełniający rygory poznawcze. Jest działanie, jest skutek, można poznać zasadę i jej używać we własnym celu. Rytuały pozwalające podporządkować świat fizyczny (i/lub nie tylko fizyczny) i go przemieniać. W wierze i w kontakcie z Bogiem tego nie mamy: właśnie dlatego przypomina się czasem ludziom, że Bóg to nie automat z napojami “wrzucę modlitwę-wypadnie korzyść”. To kontakt z kimś nie-do-końca-przewidywalnym, a tym bardziej, nieujarzmialnym. Bardzo zachęcam do zapoznania się z porąbanym życiem Parsonsa i historią JPL. Jak nie lubię biografii, tak jego pochłonąłem. To też rodzi pytanie, na ile nasze współczesne naukowe postępy (a na pewno potęga kosmiczna NASA) zostały oparte na cyrografach, opętanych duszach i umęczonych umysłach…

Inna mądra osoba, już z naszych czasów, żyjąca i również proponująca herezję. Ciekawą herezję. Wszedłem w książkę “A God that can be real” wierząc, że jest to książka chrześcijańska. No więc, nie jest. Ciekawa, owszem. Heretycka, owszem. Tutaj z kolei autorka opowiada o swoim doświadczeniu bóstwa. Zaznacza non-stop i nie ukrywa, że słowo “bóg” tutaj jest umowne, bo można je czymś zastąpić. Otóż, twierdzi ona, że boga stworzył człowiek. Że bóg faktycznie, realnie istnieje – ale istnieje dzięki człowiekowi. Opiera się tu na idei boga emergentnego, wyłaniającego się (swoją drogą, to też coś, co SF opisywała już pół wieku temu…). Idea jest następująca: ewolucja zawsze będzie zmierzać do tworzenia bytów bardziej zaawansowanych i złożonych. Najpierw były jakieś glony wydychające na Ziemi tlen. Gdy % tlenu podrósł po milionach lat, pojawiły się organizmy bardziej złożone. Gdy te organizmy stworzył dość zaawansowaną strukturę, pojawiło się myślenie abstrakcyjne i inne wynalazki, które oznaczają już człowieka. Gdy pojawili się ludzie ze swoim myśleniem, powołali niezliczone kolejne byty, na przykład społeczeństwo, media, narody – byty te wyłoniły się z ludzi. Żaden człowiek jako jednostka nie jest na przykład społeczeństwem ale bez ludzi ono nie istnieje. Żaden konkretny człowiek nie może być nazwany rynkiem, a jednak rynek istnieje. Autorka porównała to do kolonii mrówek, zwycięzców ewolucji: żadna pojedyncza mrówka nie wie nic na temat budowy kopca, strategii działania itp. A jednak, kiedy jest ich grupa, są w stanie stworzyć coś nowego, wielkiego, arcytrudnego. Kopce większej ilości mrówek są bardziej złożone i budzące podziw, niż kopce małej ilości – bo wyłaniają się z większej ilości mniejszych bytów. Takie samo podejście stosuje się tu wobec boga: za każdym razem, gdy człowiek nadaje czemuś sens, interpretuje coś, tworzy, myśli, kocha i działa – powiększa boga. Dlatego też, jej zdaniem, na wyższym etapie społeczeństwa jest wyższa idea boga i trzeba to zaakceptować: bo on dorasta tak samo jak ludzkość, z której się wyłania. To też chyba oznacza, że może się cofnąć…

Tak, bóstwo wyłaniające się z człowieka to ewidentna herezja. Na plus jest tyle, że autorka nawet nie próbuje udawać, że bawi się w to samo, nazywa rzeczy po imieniu. Na minus jest to, że wstęp do książki napisał były przewodniczący kościoła anglikańskiego – a więc chrześcijanin – który stwierdził, że się w pełni zgadza. No cóż, książka nie zburzyła mojej wizji Boga jako konkretnej osoby, pierwotnej wobec nas. W wielu miejscach kazała mi się jednak zatrzymać i zastanowić. Świetne są na przykład miejsca o świecie podwójnie mrocznym, czyli złożonym z mrocznej materii i mrocznej energii, które są niemierzalne, a które tworzą 99,99995 (jeśli dobrze pamiętam) masy Wszechświata. (np.: Czarna dziura nie oznacza po prostu miejsca, które pochłania całe światło tak, że nic nie może uciec. Oznacza coś tak różnego jakościowo, że w ogóle nie wchodzi w interakcje ze światłem, czyli z przestrzenią).

Ale bardziej do rzeczy: czy nie jest tak, że my swoimi działaniami – tym “nadawaniem sensu światu”, które autorka widzi jako akt tworzenia Boga – robimy dla Boga miejsce? Nie zabijemy Go naszymi działaniami (ta sama autorka mówi, że idea “Bóg umarł” jest też nieaktualna) ale możemy sprawić, że nie będzie tego tlenu, który On chce w nas tchnąć. W kościołach śpiewa się przecież “Gdzie miłość wzajemna i dobroć, tam znajdziesz Boga żywego” – czy to nie to samo przetłumaczone na nasz język? Może to byłby powód, dla którego Boga “tak mało jest” w naszej kulturze – bo zajęliśmy się byle czym, rzeczami i drobiazgami? Nie pozwalamy naszym sercom i duszom współpracować (ona powiedziałaby: współtworzyć) z Bogiem? Wierzę w to, że ci wszyscy herezjarchowie-celebryci, choćby to był Crowley czy Nergal z Behemotha, nie mogą zrobić nawet części tej szkody, jaką robi zaśmiecanie serc pierdołami i bycie ich niewolnikiem…

Szansa na sukces

Mamy to ładne powiedzenie “Kiedy Bóg zamyka drzwi, to otwiera okno”. Właściwie, to fragment wiersza ks. Twardowskiego – może on też skądś to wziął ale już nie wnikam. Rozumiem dosyć intuicyjnie: jest szansa, nawet kiedy wydaje się, że nie ma szansy. Tak naprawdę, nie ma sytuacji bez wyjścia, trzeba tylko to otwarte okno dostrzegać. I chociaż wewnętrznie czuję lekki psychologiczny opór przed takim super-pozytywnym spojrzeniem, to jasne, w świetle tego, co wiemy o Bogu, ma to chyba sens.

Przypomniałem sobie dzisiaj to powiedzenie idąc przez miasto na moją małą, prywatną “pielgrzymkę”. A tak, założyłem sobie, że w ramach Wniebowzięcia Maryi Panny, pójdę piechotą do kościoła św. Ignacego, jakieś 4,5 km w jedną stronę, bez napinki – i tam będąc, odmówię Litanię czy Anioł Pański. W żadnej lokalnej pielgrzymce nie mogłem brać udziału jak co roku, więc jakoś to uzupełnić trzeba. Po drodze zaś słuchałem listu do św. Filemona, jednej z najkrótszych ksiąg w Biblii i może najmniej “teologicznej”, bo bardzo praktycznej. Oczywiście, jak zawsze, nie było to planowane, tak mi wypadło w kolejności słuchanych ksiąg.

Filemon, (którego Cerkiew prawosławna i kościoły koptyjskie uznają za świętego, jednego z siedemdziesięciu dwóch uczniów z Łk 10, 1 i późniejszego męczennika), otrzymuje list od św. Pawła na temat zbiegłego niewolnika (zbiegłego od Filemona do Pawła). Paweł, ogólnie, odsyła niewolnika ale prosi, by dotychczasowy właściciel go nie karał i nie czepiał się, tylko przyjął jako brata w Chrystusie. A robi to w ten sposób:

postanowiłem nie uczynić niczego bez twojej zgody, aby dobry twój czyn był nie jakby z musu, ale z dobrej woli. Może bowiem po to oddalił się od ciebie na krótki czas, abyś go odebrał na zawsze, już nie jako niewolnika, lecz więcej niż niewolnika, jako brata umiłowanego

Flm 1, 14-15

Innymi słowy, Paweł daje szansę Filemonowi, aby ten mógł się wykazać. Chce mu pokazać, że ta strata ekonomiczna (czy jakkolwiek rozumiano wtedy ucieczkę niewolnika) to tak naprawdę otwierające się okno. Niby straciłeś ale zobacz, że możesz uzyskać coś piękniejszego. Owszem, przy tym wszystkim Paweł stosuje też trochę przymusu moralnego (wersety 8-9, piękna sprawa) ale ostatecznie, chce doprowadzić swego brata duchowego (syna? ucznia? podwładnego?) do rozwoju.

A teraz święty Ignacy z Loyoli. Kościół, który szedłem nawiedzić stoi na miejscu dawnego zamku. Tego to zamku bronił Ignacy (koniec XVI w.) jako żołnierz przeciwko Francuzom i w tym to zamku zdruzgotało mu nogę, co później doprowadziło do jego unieruchomienia, skłoniło do czytania pobożnych ksiąg i w efekcie – zaowocowało nawróceniem. W klimacie wspomnianego wyżej listu, możnaby zapytać: czy kula armatnia, która mu zmiażdżyła nogę, była dla niego szansą? Nie znam pism św. Ignacego ale jestem przekonany, że później błogosławił ten moment jako coś co pozwoliło mu wszystko zmienić. Znowu widzę tutaj zamykające się drzwi i otwierające się okno.

A teraz: kto z nas, uznających się za normalnych, uznałby jakiś wypadek za szansę, za coś pomocnego? Utratę pracy, rozpad związku, chorobę ciała lub duszy, wyrzucenie ze studiów, rozbity samochód i tak dalej. Kto z nas, zamiast walczyć z zatrzaśniętymi drzwiami, myśli o tym, że okno może będzie lepsze? A wydaje mi się, że te dwa przykłady, Filemona i Ignacego, właśnie do tego zachęcają. Dziękować Bogu za stratę i widzieć dalej szansę na coś lepszego. Jak w tym fragmencie listy powyżej: “Może właśnie po to się to stało abyś”…

Dzisiejsza uroczystość tego też chyba uczy. Bo te parę myśli o świętych i ich problemach doprowadziły mnie do Wniebowzięcia. Co my właściwie dzisiaj świętujemy? Za tą całą słodką, wierno-poddańczą otoczką maryjną, która tworzy naszą tradycję i robi to pięknie – kryje się ostateczne potwierdzenie przez Boga, że jest szansa dla ludzkości. Wniebowzięcie Maryi to wniebowzięcie człowieka. Jest dla człowieka nadzieja i jest szansa. Przecież na tym polega całe przesłanie Ewangelii: że jest szansa dla tego świata? Teksty brewiarzowe czy mszalne porównują wciąż Ewę i Maryję. Jedna zamknęła drzwi, druga otworzyła okno. Jedna zbłądziła i straciła, druga skorzystała z szansy (“Niech mi się stanie…”) i znalazła wyjście.

Chyba właśnie dlatego ta dzisiejsza uroczystość powinna być radosna: przypomina, że jest szansa. Kolejny raz Kościół i jego kalendarz liturgiczny przypomną o tym 8 września, 8 grudnia, 25 grudnia, 1 stycznia i tak dalej. Jakby Bóg ciągle powtarzał, że jest jeszcze szansa.

kościół św. Ignacego dosłownie dzisiaj. Wystawienie cały dzień, w kościele 6-7 osób, ktoś się spowiada. Jest jeszcze szansa.

Celibat czy content

Jakiś czas temu spotkałem się z rzuconym od niechcenia zdaniem, mniej więcej o treści: “Tak, gdyby Bóg stworzył miliardy galaktyk i cały wszechświat, na pewno przejmowałby się ponografią”. Chodziło o wykazanie rzekomego absurdu, zgodnie z wnioskowaniem:

Przesłanka 1 – Bóg jest wszechmogący, wielki, zajęty “ważnymi sprawami”
Przesłanka 2 – Moja moralność jest czymś małym (w porównaniu z “ważnymi sprawami”)
Wniosek – Bóg nie jest zainteresowany moją moralnością

Oczywiście jest to myślenie oparte na błędnych założeniach i złej woli, a te przesłanki wcale nie dają podstaw do takiego wniosku ale mniejsza o to. O tyle mnie to zaciekawiło, że stwierdziłem, że chyba często tak myślimy jako chrześcijanie. Sam osobiście słyszałem nieraz od tej czy innej osoby uważającej się za chrześcijanina (katolicyzm zostawmy póki co na boku, to wyższy level) zdania w stylu: “No dobra, nie czepiajmy się szczegółów”, “Tak jakbym komuś tym szkodził”, “Co Panu Bogu za różnica?” i tak dalej. Ba, sam tak czasem myślałem, usprawiedliwiając się przed sobą, czy przed Bogiem, sam nie wiem – i uświadamiałem to sobie dopiero przygotowując się do spowiedzi.

Owszem, jest jakaś granica, poza którą zaczynamy chorobliwie i obsesyjnie doszukiwać się zła (nasuwa mi się tutaj parę księżowskich nazwisk, także dość znanych…). Grzechy, czy tylko niedoskonałości, które z różnych powodów sobie upodobaliśmy i je nad wymiar eksploatujemy. Dla kogoś to może być temat tzw. zagrożeń duchowych, dla kogoś fiksacja na kwestii seksu, dla kogoś np. zaniedbanie modlitwy. Ze wszystkiego możemy uczynić sobie bożka, także z poszukiwania grzechów. To forma bałwochwalstwa, przyznawanie temu złu większego wymiaru, niż ma, stawianie go ponad Bogiem (w pewnym, podświadomym może, sensie).

Ale ale! Jest też granica, leży ona z drugiej strony spektrum, poza którą sobie “odpuszczamy”. Rzeczy, których nie uznajemy za problem, choć nim są. Albo, pozytywnie, rzeczy, których nie uznajemy za ważne, choć nimi są. Nasuwają mi się takie przykłady. Katolik nie widzący potrzeby Mszy Świętej – niezależnie od tego, czy na niej jest, czy nie – tak samo nie potrafi rozpoznać ważności tego, co się dzieje. Dobrowolne otoczenie się tak zwaną kulturą nasyconą, właśnie, pornografią lub, właśnie, zagrożeniami duchowymi. Pławienie się w tej kulturze, bycie jej częścią i lubienie tego. Jeszcze prostsze rzeczy: nadużywanie znaku krzyża (choćby, używanie jako biżuterii), imienia Pańskiego (ostatnio widziałem w niby-zabawnej nazwie profilu jednej osoby, cytuję: “jezu chryste IMIĘ TEJ OSOBY”). O tematach w stylu seksu przedmałżeńskiego czy tych, które łatwo zidentyfikować jako “grzeszne” czy “zakazane”, nawet nie wspomnę…

Chyba zawsze trochę pociągało mnie platońskie, idealistyczne myślenie. Żeby szybko ustalić o czym mówię: pogląd, że to, czego doświadczamy to tylko cienie na ścianie (metafora jaskini), fantomy i złudy – a prawdziwy świat (idealny), jest w jakiś sposób ukryty. Troszkę go chwytamy, coś tam widać ale ogólnie, żyjemy w złudzie. Tak, jak mówię – pociąga mnie takie spojrzenie. Co nie znaczy, że się zgadzam. Po prostu, jest pewien urok w bardzo wyraźnym oddzieleniu tego, co idealne/boskie/duchowe od tego, co ziemskie/tutejsze. To by wiele rzeczy ułatwiło, prawda? Ale rozumiem też, że idąc tą drogą dochodzi się do ściany jak niektórzy gnostycy i inni, wierzący, że wystarczy “przyjąć wiarę” i można już robić ze swoim życiem i ciałem co się chce. Listy apostolskie i Apokalipsa jadą po tym temacie równo (np. Ap 2, 6; Rz 8 i inne, których nie pamiętam).

Tak więc, Bóg tak to wszystko zaprojektował, że sfera “idealna”, jest przemieszana ze sferą cielesną. Dlatego mówimy o zmartwychwstaniu i przemienieniu całego człowieka z ciałem, a nie samej duszy. Jesteśmy w ciało zaplątani i jeżeli cokolwiek robimy duchowo, to właśnie w ciele, razem z ciałem i dzięki niemu. Szczególnie czuję to ostatnio, gdy wracam z zajęć po południu i jest ok. 35 C – a wracam rowerem. Jako osoba z nadwagą, cały się rozpływam – i tymi moimi zapoconymi (ale umytymi!) łapami otwieram Mszał, biorę kielich, patenę, hostię. Zakładam jeszcze albę i ornat i czytając czytanie czy ewangelię na głos, dosłownie ocieram pot kapiący z czoła, walcząc z bardzo naturalną pokusą by tę Mszę odprawić jak najszybciej, już zdjąć buty, ochłodzić się. No bo przecież nie ma ludzi, jesteśmy tylko ja i On, a On zrozumie, jest przecież Bogiem, widzi, jak jest, to tylko drobnostka… Przemieszanie tego nieposłusznego, nieraz wkurzającego i męczącego ciała z największymi tajemnicami boskości. Tak, wydaje mi się, smakuje życie duchowe. Zresztą, nie tak dawno pisałem o szukaniu Boga w zupie, to prawie to samo.

Te moje przemyślenia zbiegły się też z niespodziewaną dyskusją, która przydarzyła mi się z pewnym protestantem. Właściwie, nie wiem z jakiej jest wspólnoty, chyba jakiejś amerykańskiego pochodzenia w stylu baptystów. I co tam problemy dogmatyczne, rozumienie Eucharystii, Biblii i tak dalej – największym problemem był… celibat katolickich księży. Przypomniał mi bardzo dosadnie ten człowiek, jak daleko padło jabłko dzisiejszej kultury od jabłoni oryginalnej christianitas.

Cały czas pytał i wracał do tematu: ale jak może człowiek żyć bez seksu? Ale przecież tak się nie da. Ale przecież nie warto. Ale przecież poświęca się coś fajnego w imię czegoś nieuchwytnego. Ogólnie, same argumenty “z natury”. I rzucał je chrześcijanin, który potrafił sypnąć z głowy fragmentem Pisma (“Nie jest dobrze, by mężczyzna był sam”, Rdz 2, 18), modlący się, obyty religijnie. Żadne argumenty “z idei” (np. “Starasz się naśladować to, jak żył Jezus”, “ofiarujesz tę sferę życia i rezygnujesz z rodziny, w imię lepszego kontaktu z Bogiem”) się nie przebijały, po prostu miały mniejszą wartość w jego oczach niż “naturalne”. Słuchając go, znów przypomniał mi się Platon i jego jaskinia. Może i nie miał racji do końca – ale faktycznie, mam wrażenie, że ludzie nieraz pragną tylko tej ściany ze złudzeniami, nawet gdy wiedzą, że jest coś więcej poza nią. Zaczynam nawet się zastanawiać, czy na tym właśnie nie polega piekielna genialność popkulturowego konsumpcjonizmu – content, czyli ściana złudzeń jest tak kuszący, że na nic więcej już nas nie stać. Tymczasem, dzisiejszy brewiarz przypomniał w modlitwie południowej, akurat gdy nosiłem się z tymi myślami:

Czy jest gdzie wielki naród, któremu bogowie byliby tak bliscy, jak bliski jest nam Pan, Bóg nasz, gdy Go wzywamy?

Pwt 4, 7

Master of puppets

Ostatnio podczas lekcji rozmawiałem z pewną młodą kobietą na temat sposobów spędzanie wolnego czas. Takie ćwiczenie, omów swoje hobby i tak dalej. Mówi, że pracuje. Nooo, jasne, a poza pracą? Najpierw chwilę kręci, że właściwie to nie ma zainteresowań, potem, że jak każdy, książka czy film. A potem dodaje: no i chodzę też do kościoła. Tak więc, po drążeniu tematu (“ej, a co tam się robi? Po co ci ten kościół?” – oczywiście jestem tutaj nie jako ksiądz), dowiedziałem się, że na Mszę Świętą chodzi co dzień i uważa to za swój główny sposób spędzania wolnego czasu a nawet za hobby. Pogratulowałem chrześcijaństwa. Ale do rzeczy. Rzuciła zdania, które można by przetłumaczyć jako “słuchanie słowa Bożego pomaga mi zobaczyć sens w tym wszystkim” oraz “buduję swoją relację z Panem”.

Chcę się skupić na tym słowie: “Pan”. Po hiszpańsku to Señor i brzmi nawet ładnie, choć dla mnie jakoś mało majestatycznie. Po angielsku nieco lepiej: Lord. Po rosyjsku Господ (Hospod’). I tyle, w innych językach na temat religijne nie rozmawiałem. Moglibyśmy jeszcze dorzucić łacińskie Dominus czy greckie Kyrios. Każda z tych wersji “smakuje” trochę inaczej, zależnie od naszych przeżyć i idei: Señor kojarzy mi się ze starszym wiekiem mężczyzną, Lord z układem feudalnym, Hospod’ z dobrym gospodarzem, a Dominus z maszerującymi rzymskimi legionami (bo wiesz, cesarz był dominatorem, tym, który ma imperium, czyli władzę). Pan z kolei smakuje tak swojsko. Powtarza się to słowo non-stop podczas Mszy Świętej, ma ten posmak sacrum. Ale też, mamy pana Tadeusza, mamy pana kierowcę i tak dalej, posmak profanum. Zresztą, podczas osobistej modlitwy czy kiedy tak sobie wejdę na chwilę adoracji, witam się i zwracam do Boga per “Pan”. “Dzięki Ci, Panie, za ten dzień”, podczas wieczornego rachunku sumienia. “Mój Panie Boże, ale mi się nic nie chce”, podczas popołudniowej chwilki modlitwy. I tak dalej. Tak jakby to “Pan” zastępowało imię (zresztą, tak było u Izraelitów: Adonai zamiast JHWH). Nawet dzisiejsze (sobotnie) czytanie:

Słuchaj Izraelu, Pan jest naszym Bogiem – Panem jedynym

Pwt 6, 4

Zacząłem się zastanawiać: kto to jest pan? Nie w rozumieniu tego zwrotu grzecznościowego, ani w ramach rozumienia polsko-szlacheckiego: “Panowie bracia”. Pan jako władca, ktoś kto posiada. Ktoś kto, uwaga, uwaga: PANUJE. Za każdym razem mówiąc per “Pan”, uznaję się za kogoś, kto ma pana. Czyli za podwładnego. Jest ktoś bardziej godzien władzy niż ja, ktoś lepszy w rządzeniu niż ja, bo mądrzejszy i w ogóle. Ktoś, komu mogę powierzyć losy. Dlatego przecież składamy ręcę podczas modlitwy! To symbol z czasów feudalnych, gdy wasal składając przysięgę wkładał złożone dłonie w ręce pana/lorda, a ten obiecywał mu opiekę (tutaj możesz poczytać więcej). To było jedno z głównych osiągnięć nauki liturgiki w seminarium dla mnie: zacząłem trzymać złożone ręce, wierząc, że w ten sposób moje ciało też się modli i coś mówi Bogu…

W posiadaniu pana, a tym bardziej, w wybraniu swojego pana, nie widzę nic złego ani uwłaczającego ludzkiej godności/wolności. To chyba o to chodzi w tym protestantyzującym wybraniu Chrystusa jako Pana i Zbawiciela… A tymczasem usłyszałem parę razy, że to “mentalność niewolnika”, że “lepiej rządzić w piekle niż służyć w niebie”. To są jednak chyba głupio buntownicze frazesy płynące z błędnego poglądu na temat wolności: że jestem wolny, kiedy nie ma nikogo nade mną. “Wolność od”, czyli rosyjska swoboda, zamiast “wolności do” – chyba dużo trafniejsze piętno niewolnika. Bóg staje się wtedy takim panem marionetek, który łaskawie wydziela nam troszkę wolności-niewolności byśmy sobie trochę pożyli zanim się nami zajmie. Zresztą, jeśli nie chcesz służyć w niebie (pomijam tutaj nietrafione przenoszenie naszych ziemskich analogii), to kto niby powiedział, że w piekle dostaniesz funkcję kierowniczą? Dosyć optymistyczne założenie. A dodatkowo, często niestety taką filozofią posługują się ludzie nie potrafiący ani służyć, ani rządzić, nie ważne gdzie.

Jakkolwiek więc pięknie brzmią takie przywołane wyżej frazesy, to w sumie sprowadzają się do tego, że człowiek jest bezpański. Nie mam pana, ergo, jestem bezpański. Kiedy widzimy na ulicy bezpańskiego psa, litujemy się i myślimy komu by go oddać w opiekę, bo taki niezaopiekowany. Zdjęcia na instargramie i twitterze, zwierzę szuka kochającego pana. A kiedy otaczają nas bezpańscy ludzie, jakoś rzadziej myślimy o tym, by komuś ich oddać, mniej ich żałujemy. Tak jakby człowiek pozbawiony pana był mniej biedny i mniej potrzebujący pomocy niż takie zwierzątko. A więc, twierdzę, że ludzie są biedni, gdy nie mają pana – i że naszą rolą, jeśli jesteśmy wierzący, jest polecać ich naszemu Panu. “Panie, on nie chce do Ciebie przyjść ale tu jest tak dobrze, weź go tu ściągnij”. No chyba, że nie czujemy, że jest nam dobrze i nie życzymy tego nikomu innemu. W tych klimatach przypomina mi się piosenka Proletaryatu na ten temat. To piosenka o bezpańskich ludziach – a że niektórzy taki stan lubią i ubóstwiają, to inna rzecz…

A prawda jest, obawiam się, taka, że człowiek nigdy nie może być w 100% bezpański. Bo nawet, gdy zwróci się do swojego “stanu natury” i zechce podążąć tylko za instynktami (możemy je nazwać też ładnie pragnieniami) – to koniec końców, one staną się panem. Odwieczny dylemat: jesz żeby żyć, czy żyjesz żeby jeść? Nawet te lucyferiańskie ideały mówiące, że jedynym prawem powinna być wolność (wola) człowieka, prowadzą ostatecznie do największej niewoli. Wolnośc-równość-braterstwo, czy jakoś tak…

“Bear island knows no king but the King in the north”

Myślę, że warto zacząć (kontynuować?) żyć z pełniejszą świadomością, że mamy pana. Nie tylko Boga na chmurce, niby przyjaznego ale mało zainteresowanego – ale kogoś z władzą, komu jestem poddany. Kogoś, wobec kogo staram się zachować lojalność nawet gdy to przegrana sprawa – jak Lyanna Mormont wobec swoich lordów (wiem, obiecałem skończyć z nawiązaniami…). Zresztą, myślę czasem, że kiedy przygotowuję się do spowiedzi i za coś tam mi wstyd, czegoś żałuję, to przed kim się wstydzę? Przed panem, któremu obiecałem, że czegoś tam nie zrobię. Zauważ, że każda spowiedź to po pierwsze, uznanie, że ma się jakiegoś pana, który może sądzić ale tym bardziej odpuścić i leczyć. Zdradziłem swojego lorda ale chcę wrócić do szeregu i proszę, by znów przyjął na służbę.

Piszę to wszystko w pozytywnym duchu: hej, masz pana. Nie jesteś bezpański – chyba że zechcesz.

Wpadnij w kanał

Nie lubię “bycia pomaganym” – przepraszam za niegramatyczność. Nie lubię bycia odbiorcą pomocy, a jeszcze bardziej nie lubię poczucia, że tej pomocy potrzebuję.

Tak, to kolejny wpis o byciu słabym 😀 Wiem, że wałkuję ten temat ale wciąż to sobie układam w głowie. Nie chodzi o to, że mam życiowego doła (bo nie ma, nie bardziej niż kiedykolwiek), tylko że karmię się od jakiegoś już czasu książkami o słabości wobec Boga, które mnie prowokują. Ale na razie treści się skończyły, więc po dzisiejszym wpisie szukam nowych inspiracji i zmieniam klimat (chyba).

Tak więc, pomoc. Z jednej strony, fajne jest poczucie, że ktoś Ci pomaga, bo razem łatwiej, w kupie siła i tak dalej (“i Herkules dupa, kiedy wrogów kupa”, pan Zagłoba). Ale też, w “byciu pomaganym” jest zawarte to poczucie “kurde, szkoda, że muszę potrzebować pomocy ale trudno, zacisnę zęby i to zniosę”. To znaczy, ten element jest zawarty u ludzi mało pokornych, a tak się składa, że ja chyba takim jestem. A dlaczego tak jest? Bo potrzebowanie czyjejś pomocy wymaga przyznania się przed sobą, że się samemu wszystkiego nie potrafi. Jest się bezbronnym. I tuuuu jest właśnie sedno braku pokory – liczyć na siebie zawsze i wszędzie (tak, już o tym pisałem). I o ile w sumie możemy zgodzić się na pomoc ze strony Boga, bo, wiadomo, jest Bogiem, o tyle trudniej wziąć ją od ludzi. A pragnę, przypomnieć, jako księżą ileś tam razy dziennie zawracamy Bogu gitarę słowami “Boże, wejrzyj ku wspomożeniu mamy / Panie, pospiesz ku ratunkowi memu”. Mam nadzieję, że faktycznie czujemy, że potrzebujemy ratunku…

No więc, w ostatnich dniach byłem wielokrotnie odbiorcą pomocy. Oto byłem na przykład w urzędzie państwowym, gdzie z powodu braków językowych i nieznajomości praktyki, zrobiłem z siebie pajaca (oczywiście w moim prywatnym odczuciu pełnym pychy). Nie zostałem zaorany, ani odesłany z niczym ale z cierpliwością mnie poprowadzono za rączkę do celu. Potem podobnie było w księgarni, potem innym sklepie, potem w banku. Przy czym, w tym ostatnim, jakby jeszcze mało było mi upokorzeń (w tym dobrym sensie: doświadczeń budujących pokorę), wszedłem na szybę, której nie widziałem. Zaiste, było to tyleż żenujące co zabawne, aż miałem wtedy napad głupawki. Niestety, śmieję się, kiedy ktoś przy mnie wejdzie na szklaną ścianą i śmiałem się też, kiedy sam to zrobiłem.

manipulacja lvl hard

I wiesz co mi te wszystkie sceny pokazały (a książki i liturgia słowa później pomogły zrozumieć)? Kiedy obnażysz przed człowiekiem swoją bezbronność, zaczynasz go zjednywać. I nie chodzi mi tu o manipulację: “zobacz jaki jestem nieporadny i mi pomóż”, tylko o obudzenie się czysto ludzkiego odruchu. Zasadniczo, prawie każdy (zdrowy) człowiek, chce dać dobro drugiemu, szczególnie jeśli nie kosztuje to zbyt wiele. Ja tam lubię pomagać, czasem nawet dość znacznym kosztem własnym – ale dużo trudniej pomoc przyjąć. I teraz dociera do mnie: czemu zabierać innym to błogosławieństwo? Możemy chyba się zgodzić, że człowiek czyniący dobro jest błogosławiony przez Boga. Więc, w gruncie rzeczy, pozwalając pomóc sobie, pozwalam mu być błogosławionym. I w drugą stronę: budując społeczeństwo niezależnych, zdolnych-do-wszystkiego indywiduów, ograbiamy je z błogosławieństwa.

Nie doświadczyłeś nigdy tego, że im więcej dajesz, tym więcej otrzymujesz? Jeśli nie od ludzi, to od Boga. Niby uczyli nas o tym jeszcze w nowicjacie ale życie weryfikuje ideały. A jednak to prawda, im bardziej się zubożamy z pobożną premedytacją, tym bardziej Bóg o nas dba. W tym miejscu przypominam sobie, że od paru miesięcy zaniedbałem mocno mój osobisty “program charytatywny” i uderzam się w piersi. Może teraz, kiedy muszę mocniej niż dotąd myśleć o oszczędzaniu, jest właśnie najlepszy czas, by zacząć dawać? Wiesz co było wczoraj w Ewangelii? Rozmnożenie chleba (Mt 14, 13-21). Apostołowie mają 5 chlebów i 2 ryby. A Jezus do nich: “Wy dajcie im jeść”. Jaja, nie? Założę się, że co najmniej jeden z nich pomyślał: “kurde, to miało być dla nas”. A jednak, oddali to (chcąc nie chcąc), podzielili się i Bóg pobłogosławił. Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu…

Właściwie, to pisząc o tej Bożej ekonomii przekonuję sam siebie, że tak, to jest właśnie dobry czas by wrócić do dawania, i materialnie i niematerialnie. Teraz, kiedy wiele rzeczy jest dla mnie niepewnych i nieokreślonych, kiedy muszę sam szukać czasem pomocy. Tak, to dobry czas, żeby zrobić z siebie kanał Bożego błogosławieństwa. Pomodlę się o dobry pomysł, Bóg nieraz mi już podsuwał okazje o jakich nie śniłem. Panie, pospiesz ku ratunkowi memu…

W lipcu mój blog zanotował rekordową ilość gości i wyświetleń, dziękuję, to daje chęć do pisania 🙂

Create your website with WordPress.com
Get started